Stefankowe Siedlisko

Start / Début Up / Retour

 

Jak powiększyć fotografię czy rysunek? Kliknij tutaj

Rozdział I    Rozdział II    Rozdział III    Rozdział IV    Rozdział V    Rozdział VI    Rozdział VII    Rozdział VIII    Rozdział IX    Od tłumacza    Uwagi Część I    Uwagi Część II

Słowo wstępne

 Przetłumaczone niedawno z rosyjskiego na polski fragmenty obszernej książki M. Dowgielskiego, stanowiące treść tej strony, są niewątpliwie bazą do dalszych poszukiwań ciekawej i oryginalnej historii rodu Serdakowskich. Jeden z egzemplarzy tej kroniki-powieści zachował się w rodzinie Bronisława Serdakowskiego, mieszkającego obecnie w Dębnie Lubuskim, o czym sam Bronisław wspomina w uwagach zamieszczonych po tekście głównym. Pisze on również o tej książce jako o głównym źródle informacji do przygotowanej i wydanej przez niego w roku 2002-gim „Biografii Rodu Serdakowskich”.

 Dla mnie, który również grzebie się od lat w przeszłości przodków, relacja ze spotkania dwóch braci pra-pra-dziadów (Eustachego i Michała), opisana w rozdziale IX-tym, jest rewelacją i nie tylko potwierdza fantastyczne opowieści mojego stryja Henryka, ale również odpowiada na dawno nurtujące mnie pytanie: Dlaczego, jak i kiedy moi przodkowie osiedlili się na pińskim Polesiu? Dawniej wiedziałem tylko (ze „Słownika Geograficznego Królestwa Polskiego”),  że majątek mojego ojca, Otołczyce, odziedziczony został przez jakiegoś Serdakowskiego, ale teraz wiem, że nie został odziedziczony a kupiony przez mojego pra-pra-dziada Eustachego, który schronił się na Polesie na skutek prześladowań Polaków przez carską Rosję po powstaniu styczniowym 1863-go roku.

 Od stryja Henryka dowiedziałem się, że nasz ród wywodzi się z krymskich książąt tatarskich i że on sam – jako dziecko – bawił się w Otołczycach pieczęcią z wyrytymi: siedmiopałkową koroną, skrzyżowanymi szablami oraz księżycem w nowiu obejmującym trzy gwiazdy (zobacz tylną okładkę)!

 Od Bronisława Serdakowskiego i z książki Dowgielskiego, dowiedziałem się, że moim pra-pra-pra-dziadem (ojcem Eustachego) był oficer francuski, porucznik markiz de Serdain, który, wracając ranny spod Moskwy wraz z rozbitą armią Napoleona, schronił się na polskim dworze w Oszmianie i ożenił z polską panną, dając początek rodowi Serdakowskich. Według Bronisława, ten francuski oficer pieczętował się herbem na którym widniał: księżyc w nowiu obejmujący trzy gwiazdy i że taki herb wyryty jest na istniejącym podobno nadal grobowcu rodzinnym Oszmiańskich i Serdakowskich na cmentarzu w Oszmianie!

 Cała – dotychczas znana – historia naszego rodu oparta jest na opowieściach i legendach: tych przekazywanych z ojca na syna i tych opisanych w książce Dowgielskiego. Wiele informacji potwierdza się w innych przekazach, ale nadal brak jest jednoznacznych dokumentów, takich jak: kopie zapisów metrykalnych, fotografie nagrobka Serdakowskich w Oszmianie, czy wreszcie kopie rejestrów francuskich dotyczących służby wojskowej porucznika markiza Edmunda de Serdain i jego udziału w rosyjskiej kampanii Napoleona.

 Poszukiwaniami takich i innych dokumentów chcę się zająć w najbliższych miesiącach i latach, mając nadzieję że przepiękna i romantyczna opowieść znajdzie potwierdzenie również w archiwach.

 Krzysztof Serdakowski (potomek Eustachego)

horizontal rule

Romans Wygnańca

(Część pierwsza)

Rozdział I

Słowo wstępne    Rozdział II    Rozdział III    Rozdział IV    Rozdział V    Rozdział VI    Rozdział VII    Rozdział VIII    Rozdział IX    Od tłumacza    Uwagi Część I    Uwagi Część II    Początek strony

Stepowa osada

 Ciepłe, popołudniowe słońce pięknego, letniego dnia oblewało swoimi promieniami okolice stepu nad rzeką Kumą w dalekim Tatarstanie. W niewielkiej odległości od rzeki, w jej zakolu i na płaskowzgórzu, położona była plemienna osada składająca się z kilkunastu jurt. W środku osady, prawie w centralnym miejscu, widoczna była okazalsza jurta, większa i bardziej ozdobiona trofeami. Ta jurta, jak można się było domyśleć, należała do przywódcy szczepu i jego rodziny. Wszystkie jurty były w pewnej odległości od siebie i każda z nich była ogrodzona płotem z cienkich żerdzi pochodzących z widocznego w dali lasu rozciągającego się u podnóża niewielkich gór.

Przy okazalszej jurcie krzątał się człowiek o tatarskim wyglądzie zajmujący się naprawą płotu i wymianą uszkodzonych żerdzi. Człowiek ów miał opaskę na prawym oku, pozostałość po jednej z wypraw ordy na kraje północy, kiedy to cios szabli przeciwnika uszkodził mu twarz. Rannego wojownika przywieźli kamraci do rodzinnej osady i rana się zagoiła, lecz oko niestety pozostało niewidome. Od tego czasu mężczyzna ten przestał być czynnym wojownikiem i został pomocnikiem domowym w jurcie naczelnika plemiennego. Niegdyś był dzielnym wojownikiem i wiernym towarzyszem naczelnika w czasie wszystkich wypraw wojennych. Łączyły ich również więzy pokrewieństwa. W czasie wspólnych walk przeżyli wiele dobrych i złych chwil; wygrali niejedną batalię, ale ponosili również wspólnie klęski nieudanych wypraw. Człowiek ten, noszący imię Batman, zajmował się wszelkimi pracami koniecznymi w stepowym gospodarstwie.

W niewielkiej odległości od osady, na piaszczystej plaży nad rzeką, uwijało się kilkanaście kobiet zajmujących się praniem odzieży i zapewne pościeli. Rozlegał się rytmiczny odgłos kijanek, którymi kobiety wybijały na sporządzonych z żerdzi pomostach namoczoną w wodzie odzież i bieliznę. Był to wówczas rozpowszechniony sposób na pranie, odbywające się zbiorowo, bezpośrednio nad brzegiem rzeki. Po kilkakrotnym wybijaniu kijankami i wypłukiwaniu w wodzie, kobiety wykręcały z wody upraną sztukę i odkładały na deseczkę, z którą później wracały do obozu. Niedaleko od piorących kobiet, bawiła się gromadka dzieci: kilkunastu chłopców i parę dziewczynek. Prym w tej gromadzie wodził może dziesięcioletni chłopczyk, który widać było że uzurpował sobie prawo przywódcy i narzucając swoją wolę wydawał polecenia pozostałym dzieciom. Inni uczestnicy zabawy posłusznie podporządkowywali się jego poleceniom i rozkazom. Na pierwszy rzut oka można było się domyśleć, że chłopiec jest zapewne synem kogoś znaczniejszego. Różnił się on również wyglądem od pozostałych towarzyszy zabaw; był sporo wyższy od innych a jego rysy twarzy oraz blond czupryna wskazywały że nie pochodzi z tych okolic.

Piorące kobiety kończyły pranie i kolejno odchodziły od rzeki niosąc wyprane rzeczy do rozwieszenia na płotach otaczających jurty w osadzie.

-        Osman, hej Osman! Zawołała jedna z kobiet podnosząc się z pomostu.

Rysy tej kobiety wyraźnie mówiły że również nie pochodzi z tego kraju. Wszystkie jej cechy aż nadto zdradzały, że ród jej wywodzi się zapewne z jakiegoś kraju leżącego gdzieś na północ od Tatarstanu. Na jej zawołanie podbiegł do niej właśnie chłopiec który wyróżniał się od innych i wiódł prym wśród bawiących się dzieci.

-        Osmanie, pomóż mi zanieść wypraną bieliznę, rzekła do niego kobieta.

Chłopiec ochoczo zabrał się do pomocy matce. Nie mogło być nawet wątpliwości że był on synem tej kobiety; mówiły to wyraźnie rysy ich twarzy a szczególnie lniany kolor ich włosów. Kobieta z chłopcem – nazywanym przez nią Osmanem – przeszli przez piaszczysty brzeg rzeki kierując się na wzgórze, ku osadzie i tej najokazalszej jurcie przy której pracował Batman. Na naprawionym przez niego płocie kobieta rozwiesiła sztuki wypranej bielizny, korzystając z dobrze jeszcze grzejącego popołudniowego słońca.

Dookoła, przy innych jurtach, także już była porozwieszana uprana odzież i pościel. Krzątali się wszędzie ludzie o tatarskich rysach zajęci różnymi czynnościami gospodarczymi: czy to przy naprawie ogrodzeń, przeglądzie końskiej uprzęży, lub też wykonujący inne czynności gospodarcze. Wszyscy pracujący tu mężczyźni byli albo jeszcze bardzo młodzi, albo starzy, lub też z jakimiś uszczerbkami zdrowotnymi. Bez trudu można było wywnioskować że mężczyźni żyjący w osadzie: to albo jeszcze nie wojownicy, albo już ludzie niezdolni do wojowniczych wypraw. Zatem można było przypuszczać że wszyscy mężczyźni nadający się do zbrojnych wypraw opuścili osadę na wojownicze podboje.

Wraz z nastaniem lata, wszyscy wojownicy plemienni – znajdujący się pod rozkazami lokalnego przywódcy – łączyli się w ordy z innymi plemionami i całymi zastępami ruszali na zbójeckie podboje do krajów sąsiedzkich, lub też krajów leżących dalej na północ, docierając nawet na Ruś i do jeszcze bardziej odległego Lechistanu – jak nazywano wśród Tatarów obszar Królestwa Polskiego. Wyprawy te były z reguły bardzo dochodowe dla tatarskich plemion. Z takich wypraw przywożono liczne dobra i kosztowności, porywanych w jasyr niewolników – dla uzyskania za nich okupu, oraz wzięte w jasyr kobiety – do odsprzedaży ich na targu w Bakczyseraju, czy też z przeznaczeniem na żony dla plemiennych przywódców, chanów i innych dostojników tatarskich. Tak spokojnie toczy się życie w prawie każdej tatarskiej osadzie, aż do schyłku lata kiedy to orda wraca z wyprawy. W osadzie, o której mowa, życie toczyło się leniwie i sennie przez prawie całe lato, pod opieką mężczyzn nie biorących czynnego udziału w wyprawie ordy. Nieopodal jurt znajdowały się zagrody z pasącym się bydłem, końmi i innym zwierzętami gospodarczymi. Zagrody te były przesuwane w miarę potrzeb w inne rejony okolicznego stepu.

Poznany już chłopiec, po udzieleniu matce pomocy, odszedł od niej i zbliżył się do naprawiającego ogrodzenie Batmana. Chwilę przyglądał się jego pracy, po czym bez słowa zaczął mu pomagać, podając narzędzia lub mniejsze żerdzie potrzebne do naprawy ogrodzenia. Natomiast do jego matki, która właśnie skończyła rozwieszanie bielizny, podeszło parę kobiet zajmując ją rozmową.

Widać było że kobieta ta cieszy się szacunkiem i zaufaniem miejscowych kobiet, gdyż zwracano się do niej z pytaniami i problemami. Kobieta ta wyróżniała się od innych kobiet nie tylko swoim wyglądem; emanowało z niej również jakieś dostojeństwo i powaga, które mimo woli skłaniały inne kobiety do okazywania jej szacunku. Ponadto wyróżniała się znacznie także swoim ubiorem. Ubrana była w kolorową, atłasową suknię sięgającą niemal do kostek, a na nogach miała europejskie – tak modne wówczas – ciżmy ze skóry koloru czerwonego. Była dość wysokiego wzrostu, co, przy jej wyróżniającym się ubiorze, nadawało całej postaci powagi i dostojeństwa. Była piękną kobietą w wieku około trzydziestu lat. Włosy koloru jasnego lnu, w czasie pobytu nad rzeką zwinięte były z tyłu głowy w koszyczek – aby nie przeszkadzały jej w pracy, teraz, w czasie rozmowy, spadały jej poniżej pasa splecione w gruby warkocz.

Zachowanie się jej świadczyło że świadoma jest swojej wyższości nad pozostałymi, ale nie dawała im tego odczuć. Zajęła się rozmową, wysłuchując każdą z obecnych kobiet i każdej z nich udzielając odpowiedzi czy rady. W czasie rozmowy, mimo iż była życzliwa i uprzejma, na jej ustach nie pojawił się ani razu najmniejszy nawet uśmiech, co wskazywać by mogło że jej życie nie jest lekkie na tej obcej i dalekiej ziemi. Po pewnym czasie kobiety zaczęły się rozchodzić, żegnając ukłonem ich rozmówczynię. Kiedy została sama, odwróciła się w kierunku jurty i rzuciwszy przelotne ale czułe macierzyńskie spojrzenie na synka stojącego przy ogrodzeniu, weszła do jej wnętrza.

horizontal rule

Rozdział II

Słowo wstępne    Rozdział I    Rozdział III    Rozdział IV    Rozdział V    Rozdział VI    Rozdział VII    Rozdział VIII    Rozdział IX    Od tłumacza    Uwagi Część I    Uwagi Część II    Początek strony

Wspomnienia Janczara

     Tymczasem chłopiec – zwany przez matkę Osmanem – pomagał w dalszym ciągu Batmanowi. Obaj zajęci pilnie pracą nie odzywali się do siebie. Wreszcie ostatnia żerdź została umieszczona na właściwym miejscu i Batman odwrócił się z uśmiechem w stronę chłopca mówiąc:

-        Dziękuję ci za pomoc przy tej naprawie. Twoja współpraca sprawiła że zakończyliśmy szybciej to zadanie, a ponieważ do wieczora zostało jeszcze sporo czasu, zatem możemy sobie pogawędzić.

Mówiąc te słowa Batman usiadł wygodnie na stojącej przy płocie drewnianej ławeczce i wyciągając z kieszeni kapciuch z tytoniem oraz fajkę, zabrał się do jej napełnienia. Chłopiec również usiadł na ławce i przez chwilę  przyglądał się czynnościom starego wiarusa. Następnie przenosząc wzrok na twarz mężczyzny zagaił:

-        Mówiłeś mi już kiedyś jak to było że straciłeś swoje oko, lecz nie bardzo pamiętam tej opowieści i chciałbym ażebyś mi jeszcze raz o tym opowiedział.

Mężczyzna tymczasem zapalił fajkę, pociągnął mocny haust z cybucha i wypuszczając z ust kłąb dymu przez chwilę  przyglądał się ulatującemu ku górze białemu kłębkowi. Widać było że myśli mężczyzny pobiegły hen daleko do krajów północnych, do dalekiego Lechistanu, gdzie kiedyś, walcząc obok swego dowódcy i zasłaniając go przed ciosem kozackiej szabli, sam otrzymał ten cios i zwalił się z konia u stóp ocalałego Chana. Nic już więcej nie pamiętał z tej bitwy. Odetchnął głęboko i kierując na chłopca swe jedyne oko, powiedział:

-        Widzisz Osmanie, twój ojciec a mój dowódca jest w tej chwili hen daleko na wyprawie wojennej, razem z ordą, ale niestety już beze mnie. Ja, mimo iż jeszcze w pełni sił i zdrowia, nie nadaję się do towarzyszenia mu w tej wyprawie. Lecz wiedz o tym chłopcze, że myślami zawsze będę mu towarzyszył i zawsze będę czekał na jego powrót. Teraz zaś wierny jego poleceniom, do ostatnich sił będę się opiekował jego żoną, panią Laurą – to znaczy twoją mamą – i tobą mój pomocniku. Mówiąc te słowa poklepał go przyjacielsko – ale z należytym szacunkiem – po ramieniu.

-        No tak, rzekł Osman, słyszałem jak obiecywałeś mojemu ojcu, że będziesz się nami opiekował w czasie jego nieobecności, ale nie o tym teraz chciałbym usłyszeć. Opowiedz mi dokładnie jak to było w czasie tej waszej ostatniej wspólnej wyprawy.

Przez chwilę zapadła cisza, przerywana tylko świergotaniem stepowych ptaków. Mężczyzna jakby zbierał w myślach dawne obrazy i przywoływał dawne wspomnienia. Po chwili zaczął opowiadać:

-        Drogi chłopcze, najpierw opowiem ci wcześniejsze wydarzenie, które powinieneś znać. Zdarzyło się to pewnego pięknego lata, od którego minęło już prawie trzynaście lat, kiedy byłem z twoim ojcem i ordą na dalekiej wyprawie. Zapuściliśmy się daleko na północ, aż do kraju zwanego Lechistanem. Pamiętam, przemierzaliśmy z ordą cały Czarny Szlak, zatrzymując i łupiąc po drodze kupieckie karawany i zabierając dobra z napotkanych tubylczych osiedli. Wreszcie znaleźliśmy się na terenach Królestwa Lechistanu. Po drodze zdobyliśmy i zrabowaliśmy twierdze Bracław i Winnicę, aż stanęliśmy pod murami obronnymi większej twierdzy zwanej Wichry. Do tej twierdzy dotarła już wiadomość o naszym zbliżaniu się, dlatego też zastaliśmy jej obrońców przygotowanych do odparcia naszego ataku … (Na ilustracji wojownik tatarski w XVII-tym wieku)

 Tu Batman znów się zamyślił. Milczenie trwało przez kilka dobrych chwil i słuchającemu chłopcu wydawało się że dawny wojownik wrócił myślami do przebrzmiałych wydarzeń. Chłopiec także milczał i nie przerywając ciszy, albo chciał uszanować wspomnienia opowiadającego, albo też przeżywał po swojemu słyszaną opowieść. Być może wyobrażał siebie hen tam daleko, na czele tatarskiej ordy, tak jak jego ojciec i biorącego udział w walkach. Opowieść ta działała bardzo mocno na chłopięcą wyobraźnię. W końcu Batman podniósł głowę i kontynuował monolog:

-        Jak już ci powiedziałem, obrońcy twierdzy byli już przygotowani na nasze przybycie. Na murach widoczne były liczne działa z lufami skierowanymi w naszą stronę; widoczni byli też zgromadzeni na wałach rycerze w błyszczących zbrojach. Nasze bractwo jednak nie podchodziło w pobliże twierdzy.

Na rozkaz Sułtana, powtórzony przez poszczególnych Chanów, zatrzymaliśmy się w  pewnej odległości i zaczęliśmy rozkładać obozowisko, wystawiwszy uprzednio liczne straże ze wszystkich stron naszej ogromnej ordy. Utrudzeni długą i forsowną jazdą kamraci rozkładali się na wypoczynek i przygotowywali sobie posiłki. Jak wkrótce dowiedzieliśmy się, Sułtan postanowił nie podejmować z marszu walki i czekać do dnia następnego. W obozowisku zapłonęły liczne ogniska, przy których kamraci raczyli się pieczonym mięsem popijając kumysem. Twój ojciec i ja, również zasiedliśmy do posiłku w rozstawionym przez pachołków namiocie. Dzień chylił się ku końcowi, nadchodził zmierzch i gwarne obozowisko zaczęło się powoli uciszać; orda układała się na spoczynek, ale w całym obozowisku panowała karność i dyscyplina. Legliśmy na spoczynek i my na przygotowanych przez pachołków posłaniach ze skór baranich. Zapadła cisza i ogniska wewnętrzne zaczęły przygasać. Rozlegały się jedynie nawoływania straży krążących na tle płonących na obrzeżach obozu ogni, podtrzymywanych przez czuwających wartowników.

Tak upłynęła krótka letnia noc, która tylko raz została przerwana przez okrzyki straży i oddawane przez nich strzały. Ale jak się okazało nie było to nic poważnego; była to jedynie próba obrońców twierdzy dokonania wycieczki do naszego obozowiska, zapewne w celu pochwycenia języka i wypytania o nasze cele i zamiary. Próba ta została w porę wykryta przez nasze czujne straże i na skutek ich alarmu uczestnicy wycieczki zawrócili i natychmiast schronili się za murami twierdzy; reszta nocy upłynęła spokojnie, co pozwoliło nam na solidny wypoczynek przed bitwą.

Skoro świt odtrąbiona została pobudka i po rytualnych modlitwach do Allacha, przy wschodzącym słońcu, zaczęto wydawać rozkazy do przygotowań szturmu na mury fortecy. Na początek Sułtan zwołał do swego namiotu naradę wszystkich chanów i naczelników plemiennych, na której postanowiono wysłać do twierdzy parlamentariuszy z propozycją jej poddania, ale z możliwością opuszczenia jej przez obrońców. Opuszczające twierdzę wojska obrońców miały otrzymać gwarancję Sułtana, że po złożeniu broni i pozostawieniu wszystkich dóbr, będą mogły spokojnie odejść w kierunku swoich północnych ziem.

Zaraz po odbyciu narady zawarczały w naszym obozie werble wypełniając łoskotem całą okolicę i niosąc się groźnym warkotem aż hen do uszu obrońców zgromadzonych na murach twierdzy. Ich głuchy i groźny grzmot mógł napawać grozą słyszących go ludzi i był właśnie przeznaczony aby wywołać poczucie zagrożenia przed szturmem naszej ordy. Na dany przez wezyra znak bicie kotłów ucichło i nastała cisza, wypełniona tylko gwarem szykujących się do walki janczarów i ordyńców.

Po chwili, od namiotu Sułtana ruszyło w kierunku murów twierdzy pięciu jezdnych. Na czele jechało dwóch janczarów z białymi flagami zatkniętymi na pikach, za którymi w odległości około dziesięciu kroków jechał emisariusz w otoczeniu dwóch jaskrawo ubranych wojowników. Po ujechaniu sporej odległości od naszego obozowiska, zatrzymali się w pewnej odległości od lechickich szańców obronnych, tak aby nie znaleźć się w zasięgu strzałów ze strony twierdzy. Wówczas emisariusz wysunął się na czoło a towarzyszący mu wojownicy zadęli głośno w trzymane w rękach rogi. Chwilę trwało oczekiwanie i wnet brama twierdzy rozwarła się a z niej wyjechało czterech jeźdźców, jeden z nich był w srebrzyście połyskującej zbroi. Jeźdźcy zbliżyli się do naszych parlamentariuszy i zatrzymali się w równym szeregu. Jeździec w błyszczącej zbroi zbliżył się do naszego posła i obaj pozdrowili się wzajemnie ukłonami. Wojownicy obu obozów – w zupełnym milczeniu – obserwowali rozgrywające się na przedpolu twierdzy wydarzenia. Po wymianie pozdrowień, nasz poseł wręczył rycerzowi w błyszczącej zbroi przywieziony zwój pisma i obaj wymieniwszy ukłony pożegnalne oddalili się w przeciwne strony. Nasi emisariusze wrócili do obozu, a posłowie obrońców twierdzy znikli za jej bramą, która natychmiast zawarła się z głuchym trzaskiem.

Po powrocie naszych parlamentariuszy w obozie naszym został ogłoszony czas wolny, gdyż żądanie Sułtana o poddanie twierdzy dawało jej obrońcom czas do zachodu słońca tego dnia na udzielenia odpowiedzi …

W tym miejscu opowiadający zamilkł na chwilę i zbierając na nowo tok swych myśli, podjął dalszy ciąg opowieści:

-        Tak więc widzisz Osmanie, nasze ordy zaczęły przygotowywać się do oblężenia i zdobycia rycerskiej warowni. Tymczasem w obozie wrzało i szumiało bez przerwy; janczarzy szykowali broń: drabiny i inny sprzęt potrzebny do szturmu warowni. Nikt w naszym obozie nie miał najmniejszych wątpliwości, że odpowiedź będzie odmowna. Na tych pracach i przygotowaniach upłynął nam czas do zachodu słońca.

Natychmiast po zniknięciu tarczy słońca za horyzontem, rozległy się dźwięki rogu z murów warowni. Jakoż otworzyła się brama i wyjechało z niej pięciu rycerzy w lśniących zbrojach ze sztandarem i proporczykami łopocącymi na słabym wietrze. Wnet też z naszego obozu ruszyło na ich spotkanie również pięciu jezdnych: basza w otoczeniu czterech janczarów. Dwa orszaki posłów spotkały się w połowie drogi między naszym obozem a warownią. Po krótkiej wymianie ukłonów, wręczona została odpowiedź obrońców i poczty rozjechały się w przeciwne strony. Nasz poczet niezwłocznie skierował się ku namiotowi Sułtana, z którego na spotkanie wyszedł wielki Wezyr i kilku pomniejszych wezyrów. Po zbliżeniu się do nich, wiozący posłanie basza zeskoczył z konia i zbliżając się do Wezyra wręczył mu zwój pergaminu. Jak się należało spodziewać, odpowiedź obrońców twierdzy była odmowna. W sposób jasny i stanowczy odmawiano poddania twierdzy i żądano natychmiastowego odstąpienia od jej oblegania, uzasadniając to tym, że lada dzień spodziewane jest przybycie na jej odsiecz Hetmana kijowskiego ze znacznymi siłami zbrojnych rycerzy. Jednakże Sułtan nie uwierzył oświadczeniom obrońców i nakazał przygotowania do szturmu, który miał się rozpocząć jeszcze przed wschodem słońca dnia następnego.

W naszym obozie zawrzało. Janczarzy szykowali broń palną oraz niezawodne w szturmach łuki i strzały, zarówno z ostrymi grotami jak i z wiechciami nasączonymi smołą i oliwą do wzniecania ognia za murami twierdzy. Szykowano także wszelkiego rodzaju tarany do rozbijania bramy i murów a także drabiny do wspinania się na nie. Przygotowywano wszelkiego rodzaju broń sieczną jak: miecze, szable, spisy, halabardy, jak również noże i kindżały. Można by przypuszczać, że żadna twierdza nie zdoła oprzeć się naszej nawałnicy, ani żadni rycerze nie zdołają jej powstrzymać. Przygotowywano też ogromne wiechcie i bele suchych traw i wikliny do wypełnienia fosy pod murami, aby ułatwić przedostawanie się przez nią naszych pachołków i janczarów. W całym obozie wrzało i huczało jak w największym rojowisku dzikich pszczół. Tak upłynęła reszta dnia na niekończących się bojowych przygotowaniach.

Wreszcie nadeszła duszna i parna noc, podczas której nie zapanowała jednak całkowita cisza i spokój. Janczarzy podnieceni perspektywą walki, nie kładli się spać z nastaniem ciemności. Spali tylko nieliczni wojownicy, większość zaś w dalszym ciągu szykowała broń osobistą, lub raczyła się jadłem i kumysem …

Tu opowiadający znów zamilkł, spojrzał na swoją fajkę, która już od dobrych kilku chwil nie dymiła całkowicie już wypalona. Jednooki wiarus zajął się jej wytrząsaniem, a następnie ponownym napełnianiem świeżym tytoniem.

Chłopiec w milczeniu przyglądał się jego czynnościom i jakby jeszcze raz przeżywał w swojej dziecięcej wyobraźni zasłyszane przed chwilą wydarzenia. Można przypuszczać, że bardzo zadziałała na jego bujną wyobraźnię ta barwna opowieść starego weterana walk i bezpośredniego uczestnika opowiadanych wydarzeń. Milczenie trwało przez dobrych kilkanaście minut. Zarówno opowiadający – zajęty napełnianiem swojej fajki – jak i słuchający go chłopiec, pozostawali w głębokim zamyśleniu i jedynie wesoły świergot kręcących się wokół ptaków wypełniał panującą ciszę.

Po napełnieniu fajki tytoniem, jednooki Batman skrzesał krzesiwem iskrę i tlącą się hubą przypalił fajkę. Znowu – jak poprzednio – pociągnął mocno z cybucha i wypuszczając do góry kłęby białego dymu odwrócił się do swego milczącego słuchacza, uśmiechnął się do niego przyjaźnie i podjął dalszy ciąg swojej ciekawej opowieści:

-        I tak to, mój drogi Osmanie, nadszedł dzień zmierzenia się dwóch potęg wojennych, dzień wielkiej bitwy. W naszym obozie zgiełk i zamęt trwał przez całą krótką, letnią noc. Wreszcie zaczęło świtać, ale od samego rana zaczęły napływać na niebo ciemne i ponure chmury. Rzekłbym, że nawet niebiosa nie były zadowolone ze zbliżającej się krwawej batalii. Słychać było nawoływania janczarów i rozkazy wezyrów i mułłów. Zaraz też zaczęły ustawiać się w bojowym szyku ordynki i ordy. Zdawałoby się, że w obozie panuje zamęt i chaos, jednakże w miarę wydawanych rozkazów, zapanowywała karność i dyscyplina wśród janczarów przyzwyczajonych do posłuszeństwa. W twierdzy również przygotowywano się do naszego ataku i uderzyły dzwony na trwogę. Długie żałosne odgłosy naszych trąb wzmogły czujność lechickich rycerzy.

Wnet też ruszyła pierwsza fala, nasz rekonesans złożony z trzydziestu tysięcy wyborowych ordyńców uzbrojonych w łuki, samopały i szable. Zagarnąwszy jeszcze pachołków, szli gęstą ławą w stronę twierdzy. Później, wyciągnąwszy się w długi półksiężyc, zaczęli okrążać warownię. Z za murów ukazał się niewielki oddział jeźdźców konnych, chcący prawdopodobnie zrobić bojową wycieczkę rozpoznawczą, ale na widok zbliżającego się półksiężyca ordyńców niezwłocznie wycofał się i zniknął za bramą, nie angażując się w bezpośrednie spotkanie …

 Batman znów przerwał i zamyślił się głęboko przywołując z pamięci dalsze wydarzenia, bezwiednie pociągając zagasłą już fajkę. Słuchający go chłopiec – z wypiekami na twarzy – nie przerywał zapadłego milczenia. Na twarzy jednookiego wiarusa widać było, że przeżywa te dawne wydarzenia po raz wtóry. Po chwili mówił dalej:

-        W miarę jak zbliżały się do murów warowni nasze zastępy, obrońcy twierdzy, widząc że nie jest to cała potęga Sułtana a jedynie liczna awangarda, wysłali jazdę na nasze spotkanie. Rozległy się dźwięki trąb, później komendy i równina zapełniła się ludźmi i końmi. Z dala widać było rotmistrzów z buzdyganami w ręku ogarniających chorągwie i szykujących je do boju. Konie parskały i rżały w szykujących się do boju szeregach. Długi półksiężyc naszych ordyńców i janczarów ruszył ku nim z okrzykami "Ałła", starając się opasać wychodzące chorągwie czarną wstęgą. I tu dopiero można było poznać doświadczenie obrońców i sprawność ich żołnierzy. Widząc że im nasi zachodzą i z prawej i lewej strony, rozdzielili się na trzy części i skoczyli na boki. Potem znów się rozdzielali, na coraz to mniejsze oddziały, zmuszając tym samym naszych ordyńców do coraz to nowych zwrotów i rozdrabnianie się ich szeregów. Nasi nie mieli nikogo przed sobą a skrzydła im rwano coraz mocniej. Dopiero za trzecim razem uderzono się pierś w pierś. Teraz, zamiast kilku odosobnionych, zawrzała jedna, ale tym bardziej zacięta, bitwa. W wirze czerniło się mrowie ruchliwe, rozszalałe, niby jakiś olbrzymi wir. Galopujące konie bez jeźdźców, szum, wrzask, grzechotanie samopałów. Jedni tłoczyli się przez drugich, inni próbowali nie dać się rozerwać. Płynęły godziny a bitwa nie ustawała, trwając z jednakową zaciekłością, na śmierć i życie.

Wreszcie – wykrwawiwszy się bardzo – obie strony zaczęły słabnąć. Janczarzy i ordyńce zaczęli nawoływać się i kierować do odwrotu. Obrońcy twierdzy – także nie mając ochoty na dalszą walkę – zaczęli zawracać do swojej warowni. Pierwsze starcie przyniosło wiele strat obu stronom, ale nie rozstrzygnęło bitwy na czyjąkolwiek korzyść. Obie strony wysłały pachołków do zebrania rannych i zabitych.

Pobojowisko wyglądało strasznie. Nim  uprzątnięto pole walki dzień zaczął się chylić ku końcowi. Z nastaniem zmroku Sułtan zwołał wojenną naradę. Postanowił dokonać przerwy w oblężeniu i ściągnąć większe siły. Wieczorem wysłano podjazdy na wszystkie strony celem sprawdzenia czy w międzyczasie nie byłoby możliwe najechanie jakichś mniejszych osad czy grodów położonych w sąsiedztwie. Podjazdy natychmiast ruszyły na zwiady, znikając w nadchodzących ciemnościach.

W obozie natomiast zaczęło się uspakajać i uciszać. Znużeni walką ordyńce pokładli się na odpoczynek. Rozgorzało mnóstwo ognisk, przy których pachołcy przygotowywali posiłek i napoje, natomiast lżej ranni opatrywali sobie rany. Nastała względnie cicha noc i tylko dookoła obozu słychać było nawoływania gęsto rozstawionych straży. Na niebo wypłynął ogromny księżyc rozświetlając całą okolicę bladym światłem i jakikolwiek ruch na przedpolu obozu byłby natychmiast spostrzeżony. W miarę upływu nocy ogniska stopniowo przygasały i nastała cisza przerywana tylko parskaniem koni.

Pamiętam jak dziś, Osmanie, że siedzieliśmy z twoim ojcem Chanem w jurcie i omawialiśmy nieudany dzień bitewny. Twój ojciec powiedział wówczas, że nie chciał przedsiębrać tej wyprawy i tylko na rozkaz Sułtana wyruszył ze swoją ordą. Nie był przekonany o potrzebie tej wyprawy wojennej. Analizując już uprzednio informacje zdobyte na rekonesansowych wyprawach, można było wnioskować o istnieniu znacznych sił wojskowych stacjonujących w warowniach na rubieżach Lechistanu, a także o możliwości odsieczy zagrożonej przez nas twierdzy przez ogromną armię Wojewody kijowskiego. (Na ilustracji Chan tatarski z XVII-tego wieku)

Tak zeszła nam noc na rozmowach, aż gwiazdy zaczęły się chylić ku północy. Siedzieliśmy jeszcze dalej – przy dogasającym ognisku – aż do momentu gdy straże zaczęły sygnalizować powroty naszych zwiadowczych podjazdów, które natychmiast prowadzono do Sułtana. Za chwilę zwołano tam na naradę całą starszyznę; między innymi poszliśmy też i my: twój ojciec i ja. Poszczególni dowódcy podjazdów składali swoje doniesienia z przeprowadzonych obserwacji. Dwaj z nich stwierdzili możliwość ataku na okoliczne gródki, natomiast jeden z janczarów – mocno zatrwożony – zrelacjonował, że zapuścił się ze swoim oddziałem w dość odległe tereny lechickie i natknął się na obozujące znaczne siły zbrojne. Jak się po pochwyceniu języka okazało, był to awangardowy oddział Wojewody kijowskiego a za nim podąża cała jego armia. Według wypowiedzi schwytanego jeńca, Wojewoda przybywa na odsiecz obleganej przez nas twierdzy. Sułtan, mając w pamięci klęskę z ubiegłego dnia, nakazał natychmiastowe wygaszanie ognisk i wydał rozkaz odwrotu w zupełnej ciszy. Takiemu cichemu manewrowi zaczęło sprzyjać także niebo, gdyż księżyc skrył się za ciemnymi chmurami i zapanowały prawie zupełne ciemności. Nasze karne oddziały budziły się i ustawiały w głuchej ciszy, a towarzyszący napływającym chmurom wiatr zagłuszał kroki i stąpania zarówno pieszych jak i koni. Tak też oddziały ordyńców wycofały się w zupełnej ciszy i zaczęły odwrót kierując się w stronę wołoską, gdzie po drodze można by łatwiej najechać i złupić jakiś gródek czy osadę. Nasz oddział janczarów pozostał jako osłona tylna cofającej się armii, a później, po zawiadomieniu Sułtana, twój ojciec z naszymi oddziałami postanowił skierować się w stronę ziem kozaczyzny, ażeby tam ewentualnie poszukać jakiegoś łupu w kozackich stanicach stepowych …

Opowiadający przerwał na chwilę, jakby coś przywołując sobie z pamięci, ale zaraz znów zaczął mówić:

-        Wiele miesięcy później dowiedzieliśmy się, że nasz odwrót spod twierdzy wprowadził w niemałe zdumienie jej obrońców. Z nastaniem dnia wyczekiwano na próżno naszego ataku. Z wielkim zdumieniem stwierdzono nasz nocny odwrót. Dowiedzieliśmy się również, że nasz odwrót nazwano cudem i dla jego upamiętnienia warownię i gród nazwano Cudnów.

Wróćmy jednak do naszej wyprawy. Janczarzy i ordyńce byli źli z powodu poniesionej porażki i wycofania się bez zdobycia jakiegokolwiek łupu. Wybuchały więc między nimi sprzeczki i kłótnie. Lecz ojciec twój nakazał spokój, obiecując powetowanie strat w napotkanych stanicach kozackich.

Niebawem, wyprzedzający główne oddziały podjazd zasygnalizował zbliżające się wojska kozackie i janczarzy zaczęli szykować się do ataku. Szybko i sprawnie rozsypali się w półkole ażeby otoczyć wracający na kozaczyznę spory oddział kozackich jeźdźców, towarzyszący dużemu taborowi wyładowanych różnymi dobrami wozów. Wjechawszy na wzgórze zobaczyliśmy zbliżających się kozackich mołojców. Dojrzawszy nas huknęli wystrzałami i zaczęli buńczucznie potrząsać szablami aby odstraszyć nas od ataku. Jednakże nie powstrzymało to a – wręcz przeciwnie – podjudziło jeszcze naszych ordyńców, którzy pognali konie i ruszyli do przodu. W pędzie wypuścili gromadę strzał z łuków i wnet otoczyli całą kozacką gromadę. Po krótkiej chwili gwałtowne starcie przerodziło się w zupełny pogrom kozackiego oddziału i tylko nieliczni rzucili się do ucieczki. Ale i tym janczarzy nie pozwolili uciec, dogoniwszy ich wycięli wszystkich w pień.

Po skończonej potyczce uwagę naszą zwróciły kozackie wozy taboru. Były one załadowane wszelakim dobrem zrabowanym przez pogromionych kozaków gdzieś na lechickich ziemiach. Zaraz też ordyńce otoczyli wozy i zaczęli przygotowywać je do zabrania ze sobą jako zdobyczny łup wojenny.

Twój ojciec i ja zbliżyliśmy się do jednego z największych wozów, zaprzężonego w czwórkę koni i okrytego budą z parcianej płachty. Po podniesieniu jednej ze stron tej płachty, oczom naszym ukazało się wnętrze wypełnione różnymi dobrami. W głębi znajdowało się wymoszczone skórami i futrami leże, na którym spoczywała nieprzytomna lechicka branka o bladym obliczu. Przy jej legowisku siedziało służebne pachole i zalęknionymi oczyma wpatrywało się w nasze twarze. Nieprzytomna była młodą dziewczyną, mającą nie więcej niż dziewiętnaście lat i była bardzo piękną kobietą. Jej ubiór i złoty łańcuch na szyi – co dostrzegliśmy od razu – wskazywał na pochodzenie ze znacznego lechickiego rodu. Podczas gdy my oglądaliśmy wnętrze wozu, zalęknione pachole wodziło w milczeniu oczyma po naszych twarzach, ale nie widząc w nich srogości, zaniosło się dotąd wstrzymywanym płaczem.

Ojciec twój, domyślając się lechickiego pochodzenia porwanych a znając język lechicki, odezwał się łagodnie do pacholęcia: "Nie bój się, nie chcemy wam zrobić żadnej krzywdy. Powiedz nam skąd się tutaj znaleźliście i kim jesteście?" Pachole, które miało około czternastu lat, płaczliwym głosem odpowiedziało, że pochodzą z wołyńskiego grodu skąd zostali porwani przez kozaków, którzy wymordowali ich bliskich. Ta panienka jest jego panią i jest wołyńską księżniczką. Następnie pachole – ciągle łkając – opowiedziało o straszliwej rzezi jaką urządzili w ich grodzie kozacy. Opowieść ta wstrząsnęła do głębi nawet tak zahartowanego wojaka jakim jest twój ojciec, Osmanie. Zwrócił się do pacholęcia tymi słowami: "Nie bój się nas, nie zrobimy wam żadnej krzywdy. Kozaków już nie ma a my zabierzemy was ze sobą i nie pozwolimy was skrzywdzić." Po tych słowach służebne pachole uspokoiło się nieco, przestało szlochać i zajęło się swoją panią, przykładając jej do czoła wilgotną chustę. Ojciec twój okrył troskliwie nieprzytomną niewiastę a zakrywając szczelnie płachtę wozu rozkazał ordzie zmianę kierunku i powrót ku południowym stepom, do naszych siedzib. Oświadczył ordyńcom, że wszystkie zdobyte trofea przeznacza do podziału dla uczestników wyprawy, zatrzymując dla siebie jedynie ten jeden wóz z budą. Kazał mi też niezwłocznie zająć miejsce na jego koźle i prowadzić go ostrożnie i starannie.

Nazajutrz ruszyliśmy ochoczo ku domowym stepom a wstający dzień zastał nas już daleko w drodze. Niebawem stanęliśmy na krótki posiłek dla ludzi i karmę dla koni, po czym ruszyliśmy dalej. Nastrój wśród ordyńców i janczarów był wyśmienity; cieszyli się z powrotu do swoich jurt i to nie z pustymi rękami.

Ażeby cię nie zanudzać, nie będę ci tu opisywał mój drogi chłopcze dalszej podróży, dodam tylko, że u schyłku następnego dnia dojrzeliśmy naszą rzekę i rozłożoną nad nią naszą osadę. Jakoż też wnet zostaliśmy powitani przez naszych kamratów i nasze rodziny.

Twojego ojca i mnie powitała na progu jurty jego matka i wierni słudzy. Po krótkiej relacji przebiegu wyprawy, twój ojciec kazał janczarom postawić ze skór nową, okazałą jurtę, w której sam wymościł wygodne łoże, na które kazał przenieść nieprzytomną jeszcze brankę. Do nowej jurty przeniesiono również wszystkie dobra z wozu i wprowadzono pacholę, zapewniając chłopca, że ani jego pani, ani jemu nie grozi żadna krzywda i że zostaną otoczeni staraniem i opieką. Zapadła stepowa noc i wszyscy wypoczywaliśmy z ulgą w naszym rodzinnym Tatarstanie, po przebytych trudach i wrażeniach …

 Ponownie zapadła chwila ciszy, po czym jednooki wiarus tak dalej kontynuował swoją opowieść:

-        Tak mój drogi chłopcze, opowiedziałem ci te wydarzenia szczegółowo ponieważ mają one istotne znaczenie dla ciebie. Dalej nie będę już opowiadał tak drobiazgowo, bo nastały zwykłe dni naszego stepowego życia.

Po kilku dniach lechicka branka zaczęła odzyskiwać przytomność i stan jej zdrowia zaczął się powoli poprawiać. Twój ojciec przejawiał coraz większe nią zainteresowanie, wydając się być pod jej urokiem. Traktował ją z szacunkiem należnym dla jej książęcego stanu i dogadzał jej we wszystkim. Lechicki chłopak okazał się bardzo sprawny służąc swojej pani. Coraz bardziej też przywiązywał się do twojego ojca, darząc go pełnym zaufaniem. Dość powiedzieć, że owa lechicka branka – po powrocie do zdrowia – zaczęła przyzwyczajać się do naszego życia, dobrze pamiętając że po najeździe kozackim nie miała już do czego ani do kogo wracać, a widząc starania twojego ojca o jej byt i wygody, traktowała go coraz przyjaźniej.

Na takim spokojnym stepowym życiu upłynął nam cały następny rok. Pod nadzorem twojego ojca, janczarzy zajmowali się pasterstwem, hodowlą i uprawą roślin. Nikt nie myślał o nowej wyprawie łupieżczej, tym bardziej że twój ojciec zajęty był zabieganiem o względy pięknej branki.

Z nastaniem następnego lata zaczęto przemyśliwać o dokonaniu nowej zbrojnej wyprawy na północne krainy. Wówczas to branka-księżna – posiadająca już niemały wpływ na twojego ojca – uprosiła go by jej przyrzekł, że w nowej wyprawie nie będzie dokonywał najazdów na lechickie grody a jedynie na osady kozackie. Twój ojciec, Osmanie, który liczył się bardzo z jej mądrymi radami, przysiągł tak właśnie czynić i nową wyprawę skierował na ziemie kozackie.

Nie mogę ci opowiedzieć dokładnie tej wyprawy, ponieważ już w pierwszym starciu otrzymałem od kozackiego atamana cios szablą kitają przez czoło i ległem bez ducha na polu walki. Pamiętam tylko, że przed otrzymaniem tego ciosu zasłoniłem przed nim twojego ojca. Odzyskałem świadomość dopiero po paru tygodniach i stopniowo zacząłem wracać do zdrowia. Z opowiadań twojego ojca dowiedziałem się, że sam uniósł mnie z pola walki wiedząc że zawdzięcza mi życie i czynił wszelkie starania o przywrócenie mi zdrowia. Pod troskliwą opieką jego i lechickiej branki wolno wracałem do sił, lecz oko niestety pozostało już niewidome.

Tak też z wojownika stałem się sługą i przyjacielem tych, którzy dołożyli wszelkich starań ażeby przywrócić mi żywot i zdrowie; i tak to trwa do dziś. Dowiedziałem się także, że ówczesna wyprawa na kozaczyznę przyniosła duże wojenne łupy. I znowu popłynęło spokojne stepowe życie, z tym tylko, że twój ojciec i lechicka branka – w obliczu mułły i Allacha – pobrali się i stali małżeństwem. W ten sposób lechicka księżna stała się twoją matką Osmanie. Urodziłeś się ty, a twój ojciec coraz mniej przedsiębrał wojennych wypraw, ponieważ przysiągł twojej matce że jego orda już nigdy nie najedzie lechickiej ziemi. Obecna zaś wyprawa naszej ordy ruszyła na kozackie stanice w odwet na ich zaczepki. (Na Ilustracji kozak w zasadzce, w XVII-tym wieku)

 Tu opowiadający przerwał na chwilę swój monolog, rozejrzał się po szarzejącym już niebie i kładąc rękę na ramieniu chłopca powiedział:

-        Tak chłopcze, na dziś dość już opowieści. Wracaj do swojej mamy, a ja też idę na wieczerzę.

Po czym wstał z ławeczki i oddalił się w stronę sąsiedniej jurty. Chłopak – spoglądając jeszcze za nim – zbliżył się do ich rodzinnej jurty i odchylając zasłonę wszedł do wnętrza oświetlonego płonącym ogniskiem, przy którym krzątała się jego matka.

horizontal rule

Rozdział III

Słowo wstępne    Rozdział I    Rozdział II    Rozdział IV    Rozdział V    Rozdział VI    Rozdział VII    Rozdział VIII    Rozdział IX    Od tłumacza    Uwagi Część I    Uwagi Część II    Początek strony

Powrót Ordy

Po wejściu do jurty chłopak zbliżył się do matki i przytulił do jej boku. Matka również przygarnęła syna do siebie i było oczywiste że darzy go wielką miłością. Po chwili milczenia odezwała się w te słowa:

-        Cóż ci to synku opowiadał nasz wierny Batman? Tak byliście zajęci sobą, że zapomniałeś o przyjściu na wieczerzę, a ja widząc jak ciekawie go słuchasz nie chciałam cię wołać żeby wam nie przerywać.

 

Chłopak przytulił się jeszcze mocniej do matki i w kilku słowach wyraził swój zachwyt o tym co usłyszał, następnie powiedział:

-        Mamo, pamiętam jak kiedyś mi mówiłaś że  pochodzisz z dalekiego kraju. Czy to prawda że zostałaś przywieziona przez mojego ojca z Lechistanu?

 

I w kilku krótkich zdaniach streścił to co usłyszał na ławeczce przed jurtą. Na co matka – po dłuższej chwili zamyślenia – odpowiedziała:

-        Tak synku to wszystko jest prawdą. Nasz wierny Batman nie potrafiłby skłamać ani jednego słowa. Było to bardzo dawno i wszystko zaczyna mi się już zacierać w pamięci. Obecnie jestem wdzięczna twojemu ojcu za to że otoczył mnie opieką w czasie mojej choroby i uszanował moją wolę, darząc mnie szacunkiem i zaufaniem. Był dobry i delikatny, także w końcu przyzwyczaiłam się do niego i pokochałam go szczerze. Podjęłam wtedy decyzję poślubienia twojego ojca i pozostania w tym kraju, natomiast chłopak który mi usługiwał został odwieziony przez twojego ojca do Lechistanu, zwanego też Polską. Potem urodziłeś się ty mój synku a twój ojciec otoczył nas jeszcze większą troską, zapewniając nam szczęśliwy i dostatni byt.

 Po chwili milczenia, chłopiec – zaglądając matce w oczy swoim dziecięcym, ufnym spojrzeniem – poprosił:

-        Mamo opowiedz mi o twoim dalekim kraju, opowiedz mi o Polsce. Pamiętam trochę, jak niegdyś zaprowadziłaś mnie nad rzekę i polewając wodą moją głowę uczyniłaś tajemniczy znak i wypowiedziałaś jakieś nieznane mi słowa ...

Matka odrzekła z powagą na twarzy:

-        Siadaj tu przy mnie mój synku, nadszedł czas ażebym ci opowiedziała wiele istotnych rzeczy …

I tu popłynęła długa i tęskna opowieść: O dalekim północnym kraju zwanym Polską; wspomnienia o beztroskim dzieciństwie przerwanym przez najazd kozackich sotni, o ich okrucieństwie i zbrodniach. Później usłyszał opowieści weselsze: O rodzącej się nadziei spokojnego życia; o tym jak oczekiwano jego narodzin, jak się z nich cieszono i jak to szczęśliwa matka wiązała z nim wiele nadziei i radości. O tym jak z ręki matki otrzymał nad rzeką chrzest, właśnie przez skropienie jego czoła wodą i wyrzeczenie słów: "Ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego". Dalej matka wyjaśniła chłopcu znaczenie tych słów i ich potęgę, oraz pokazała zawieszony na jej szyi złoty łańcuszek ze złotym krzyżykiem i złotym medalionem. Wyjaśniła przy tym wagę tego talizmanu i podkreśliła ażeby nigdy nie zapomniał że jest z pochodzenia Polakiem. Chciałaby ażeby, gdy dorośnie, powrócił do jej dalekiej Ojczyzny, a po jej śmierci ma zabrać ten krzyżyk i medalion.

Opowieść matki trwała do późna w nocy, aż ognisko w jurcie przygasło i chłopaka zmorzył głęboki sen. Matka przykryła syna i sama udała się na spoczynek. Zapadła nad stepem cicha letnia noc. Mimo iż stepowa osada znajdowała się w kraju którego nigdy jeszcze nie najechały żadne obce wojska, po jej krańcach przechadzały się straże janczarów, chyba więcej ze zwykłego obowiązku niż z poczucia niebezpieczeństwa.

Normalne życie w tatarskich osadach płynęło leniwie i sennie a po wyruszeniu młodych i zdrowych mężczyzn na wojenną wyprawę prawie zamierało. Stepowe osady ożywały dopiero po powrocie wojowników, co w osadzie Osmana miało nastąpić nazajutrz, gdyż przybyły przed wieczorem podjazd obwieścił wracającą z długiej wyprawy ordę.

Po spokojnej, parnej nocy nad rozległym stepem wstawał letni dzień. Nisko nad trawami snuły się mgły a wyżej rozjaśniało się niebo od wstającego ze snu słońca. Batman, mimo że po wczorajszych wspomnieniach zasnął bardzo późno, obudził się wcześnie. Budził się zwykle jeszcze przed pierwszymi promieniami słońca, zapewne z przyzwyczajenia. Wyszedł z jurty i rozejrzał się uważnie dookoła, ogarniając wzrokiem osadę, step i czuwających przy tlących się ogniskach janczarów. Stwierdziwszy że wszystko znajduje się w należytym porządku, zaczął się krzątać przy ogrodzeniu swojej jurty, sprawdzając stan i umocowanie poszczególnych żerdzi. Widać było, że te czynności weszły mu już w nawyk i nadzór nad wszystkim należał do jego obowiązków. Wnet zza widnokręgu wystrzeliły złote promienie wstającego ze snu słońca. Zapowiadał się kolejny piękny, letni dzień, jak zwykle na tych południowych stepach.

Osada zaczynała budzić się już na dobre. Z jurt zaczęły wychodzić na kobiety z bukłakami w rękach, kierując się do rzeki po wodę, inne niosły pościel i odzież przeznaczoną do prania. Mężczyźni spieszyli do odległych o kilkadziesiąt kroków zagród aby wydoić kozy, krowy i klacze, z których mleka przyrządzano tradycyjny kumys. Wszystko przebiegało według odwiecznie ustalonego porządku. Słońce podnosiło się coraz wyżej na nieboskłonie, ogrzewając ziemię, ludzi i zwierzęta swoimi złotymi promieniami.

W tatarskiej osadzie, w okresie wyprawy ordy na dalekie podboje, zostawali tylko mężczyźni nie będący już wojownikami, kobiety, dzieci, oraz kilkunastu uzbrojonych janczarów pozostawionych przez baszę do ewentualnej obrony. Stepowa osada zaludniała się i ożywiała dopiero po powrocie ordy z północnych rubieży. Na ten właśnie moment oczekiwano w jurtach dzisiejszego ranka. Dlatego też nowy dzień rozpoczęto wcześniej niż zwykle, większym niż normalnie ożywieniem.

Kiedy słońce zaczęło się już zbliżać do zenitu, straże usłyszały od strony północnej zgiełk i zamieszanie. Wzniosły się tumany kurzu podnoszone przez zbliżających się jeźdźców konnych. Wylegli z jurt wszyscy mieszkańcy: mężczyźni, kobiety i nawet dzieci; wszyscy oczekiwali z niecierpliwością przybycia ordy. Kilku janczarów wskoczyło na konie znajdujące się w najbliższej zagrodzie i na oklep, z wielkim impetem i okrzykami ruszyło naprzeciw nadciągającej kawalkadzie. Za wracającymi jeźdźcami wolno posuwały się wozy zaprzężone w jeden, dwa, lub cztery konie.

Wnet też spotkali się wyjeżdżający naprzeciw janczarzy z wracającymi z wyprawy pobratymcami; wzbiły się w powietrze gromkie okrzyki i radosne wrzaski witających się kamratów. Huknęło też kilkanaście strzałów oddanych z samopałów w powietrze. Wkrótce powracający zbliżyli się do przedpola osady skąd ruszyli im na powitanie oczekujący członkowie ich rodzin. Gromkim okrzykom, hałasom i powitaniom nie było końca.

Janczarzy zaczęli odprowadzać do zagród uwolnione od jeźdźców konie, piesi ruszyli tłumnie ku jurtom, a wypełnione łupami wozy zaczęły wjeżdżać na centralny plac osady. Wszędzie panował tumult i hałas. Cicha jeszcze rano osada ożywiła się zgiełkiem radości i podniecenia.

Ordyńce przystąpili do rozładowywania wozów i podziału przywiezionych ze sobą łupów. Widać było wyraźnie, że wyprawa na  kozaczyznę obfitowała trofeami. Najstarszy z wojowników, którego przywitała była lechicka branka z synkiem Osmanem, skierował się do największej jurty, gdzie przed jej wejściem powitał go serdecznie jednooki Batman. Po wymianie powitalnych uścisków cała grupa zniknęła w jej wnętrzu.

Podczas gdy na zewnątrz trwała radość ze spotkania towarzyszy i rozlegał się gwar głosów janczarów opowiadających wrażenia z odbytej wyprawy, wewnątrz jurty wodza było dużo spokojniej. Basza z wielką radością uściskał syna, po czym zwrócił się do niego:

-        Chodź mój drogi Osmanie, niech ci się przyjrzę jak wspaniale urosłeś. Bardzo się cieszę iż nareszcie już was ujrzałem. Tęsknota za wami dodawała mi skrzydeł do szybkiego przebycia tego szerokiego stepu. Pozwólcie więc nacieszyć moje oczy waszym drogim widokiem. Zwracając się do kobiety, odezwał się czule i łagodnie:

-        Moja jedyna Sułtanko, chcę ci powiedzieć, że na obecnej wyprawie dotrzymałem danej ci przysięgi i ominąłem starannie wszystkie lechickie ziemie. Złupiliśmy jedynie wiele stanic kozackich na Wołoszczyźnie i Zaporożu, biorąc jakby odwet za krzywdy jakie oni wyrządzili niegdyś tobie i twojej  rodzinie. Ponadto chcę ci oznajmić że zostanę już z wami na zawsze; właśnie złożyłem Sułtanowi prośbę o zwolnienie – mnie i moich kamratów – z udziału w przyszłych wyprawach. Wszyscy moi wierni ordyńce i janczarzy w zupełności zgadzają się z moją decyzją, pragnąc poświecić się jedynie pasterstwu i uprawie roli. Moi kamraci, równie jak ja, chcą pozostać w swoich jurtach, ze swoimi rodzinami. Nie chcą już ponosić więcej ofiar i strat. Jak więc widzisz moja droga Sułtanko, pod twoim wpływem zmieniłem się zupełnie. Chcę się teraz poświęcić wychowywaniu mojego syna, nie na dzikiego wojownika, a na prawego i uczciwego człowieka. Być może że nasz Osman zostanie kiedyś kupcem i odwiedzi twoje rodzinne strony. Jak więc widzisz moja Sułtanko, o nieznanym w tym kraju imieniu Laury, gdybym mógł, to bym zdjął dla ciebie z niebieskiego firmamentu wszystkie gwiazdy i rzuciłbym ci je do twoich małych stóp! Teraz, z tej wyprawy, przywiozłem dla ciebie wiele wspaniałych rzeczy: szaty, biżuterie i drogie pachnidła, które odebraliśmy kupcom kozackim i wołoskim. Czyniąc tak nie czułem wyrzutów rozbudzonego przez ciebie mojego sumienia, ponieważ na Allacha, lub twojego nieznanego mi Boga, jestem przekonany, że owi napotkani kupcy nie posiedli tych wszystkich rzeczy w sposób sprawiedliwy.

 Mówiąc te słowa basza wodził oczyma za krzątającą się po jurcie kobietą. Ta zaś, wykonując czynności gospodyni, co chwila spoglądała na przemawiającego do niej mężczyznę. Widać było że tych dwoje ludzi łączy miłość, szacunek i wzajemne oddanie. W takiej rodzinnej atmosferze upłynął wieczór, aż do późnej nocy.

Na zewnątrz jurty gwar stawał się coraz słabszy, wszyscy rozchodzili się na odpoczynek, a na placu pozostali już tylko nieliczni janczarzy racząc się kumysem lub przywiezioną ze sobą gorzałką. Pomimo radości i podniecenia wszędzie panowała karność, dyscyplina i porządek. Nieopodal widać było jeszcze – puste już – wozy taboru. Wyprzężone konie odprowadzone zostały do zagród pasterskich, a rozniecone uprzednio ogniska zaczęły stopniowo przygasać. Czuwał jeszcze zapobiegliwy Batman, ogarniając wzrokiem swojego bystrego, jedynego oka zapadającą w sen osadę.

Wnet też cały plac opustoszał całkowicie. Batman również udał się do swojej jurty na zasłużony odpoczynek. Jak każdej nocy, nad spokojnym snem osady czuwały straże janczarów, nadzorowane przez dyżurnych zwierzchników. Strudzeni wojacy nareszcie mogli spokojnie usnąć, bez potrzeby ciągłego nasłuchiwania i strachu. Mijała cicha stepowa noc, przerywana tylko odgłosami nawołujących się straży, a od czasu do czasu słychać było krzyk jakiegoś obudzonego niespodzianie ptaka lub szelest poruszanych leciutkim stepowym wietrzykiem skór okrywających jurty. Do rana było w osadzie cicho i spokojnie.

Następnego dnia, kiedy słońce znów pojawiło się na niebie, życie mieszkańców tatarskiej osady potoczyło się już normalnym, pasterskim trybem. Także życie rodzinne naczelnika osady stało się łatwiejsze. Poza rodzinną jurtą, basza, przy pomocy wiernego Batmana, zajmował się całością spraw osady. Nadzorował prace pasterskie i gospodarcze, zajmował się rozstrzyganiem sporów sąsiedzkich, aczkolwiek tych sporów nie było zbyt wiele. Żona wodza, zwana przez niego Sułtanką, a w rzeczywistości księżna Laura pochodzenia polskiego, zajmowała się ogniskiem domowym oraz starannym wychowywaniem swojego jedynego syna.

W długich rozmowach przekazywała mu wszystko co sama wiedziała na temat wiedzy ogólnej czy ogłady towarzyskiej, oraz starała się zaszczepić w jego sercu miłość do swojej dalekiej Ojczyzny, Polski. Cierpliwie, krok po kroku, posługując się posiadaną książeczką z modlitwami, uczyła syna czytać w rodzinnym języku. Później, uczyła go pisania poszczególnych liter, słów i całych zdań. Tym sposobem nauczyła go prawie biegle czytania i pisania. Należy tu nadmienić, że przybory do pisania, modlitewnik oraz inne jeszcze książki nabył od kupców jej mąż basza, który bardzo się starał ażeby jego Sułtance niczego nie brakowało w tym dalekim kraju. W ten to sposób troskliwa matka przekazała synowi posiadaną przez siebie wiedzę, czyniąc go w miarę wykształconym człowiekiem. Jak przyszłość pokazała, cała ta wiedza bardzo mu się później w życiu przydała.

Laura nazywała syna imieniem, które nadała mu polewając jego główkę w Imię Boże, a więc Bolusiem. Chłopak, będąc bardzo inteligentny, chłonął namiętnie wszystkie przekazywane mu przez matkę nauki i rady. Pod jej wpływem stawał się bardzo wrażliwym i rzetelnym chłopcem. Posiadając charakter matki czuł coraz większą potrzebę bliższego poznania dalekiej i nieznanej mu jeszcze Polski.

horizontal rule

Rozdział IV

Słowo wstępne    Rozdział I    Rozdział II    Rozdział III    Rozdział V    Rozdział VI    Rozdział VII    Rozdział VIII    Rozdział IX    Od tłumacza    Uwagi Część I    Uwagi Część II    Początek strony

Powrót Wygnańca

Od omawianych w poprzednim rozdziale wydarzeń upłynęło dziesięć lat. Stepowa osada prawie się nie zmieniła, jedynie upływający czas odcisnął swoje piętno na twarzach jej mieszkańców, a niektórzy odeszli już w zaświaty na wieczne łowy. Co bardziej wojowniczy janczarzy, za zgodą swojego baszy, przenieśli się do innych ord.

Przy jurcie wodza krzątał się jak zwykle wierny sługa Batman, dbający o każdy szczegół, oraz sam basza, na obliczu którego również widać było wyraźny upływ czasu. Włosy i broda pokryły się siwizną i tylko sylwetka pozostała jak dawniej, wyniosła i wyprostowana.

Życie w osadzie było teraz wyłącznie osiadłe i pasterskie. Mężczyźni nie nosili nawet przy sobie broni; już dawno minęły czasy wojowniczych wypraw ordy na północne rubieże. Od kiedy basza poprosił Sułtana o zwolnienie jego i drużyny z uczestnictwa w wojnach,  nie udano się już na żadną wyprawę. Janczarska osada przekształciła się w pasterską. (Na ilustracji mężczyźni w osadzie tatarskiej w XVII-tym wieku)

Sam basza kilkakrotnie opuszczał osadę udając się na wyprawy kupieckie na północ, wioząc skóry i perskie tkaniny. Głównym celem tych wypraw było przywiezienie potrzebnych dla żony ubiorów i innych niezbędnych w domu sprzętów. W czasie tych wypraw docierał nawet do Kijowa i na Podole, nawiązując szereg znajomości wśród lechickich wielmożów. Starał się również dyskretnie zebrać wiadomości o miejscu urodzenia i rodzinie swojej żony. Dwukrotnie też zabierał ze sobą dorastającego już syna, ażeby pokazać mu daleki a nieznany jeszcze dla niego kraj rodzinny jego matki.

Było piękne stepowe lato. Na odległych, ogrodzonych pastwiskach widać było pasące się bydło, owce i konie, zwierzęta zazwyczaj hodowane na tatarskich stepach. Zasłona wejściowa do okazałej jurty, przy której krzątał się były naczelnik, była lekko uchylona, zapewne dla wpuszczenia słonecznego ciepła. W jej środku, na posłaniu wymoszczonym baranimi skórami i futrami, spoczywała kobieta w bogatym stroju. Twarz jej była blada i wymizerowana a w rysach odbijały się cierpienia spowodowane chorobą. Należało przypuszczać, że dla delikatnej kobiety z północnego kraju, zarówno ciężkie przeżycia, jak i suchy stepowy klimat doprowadziły do utraty kruchego zdrowia.

Przy jej posłaniu siedział młodzian o długich jasnych włosach i wpatrywał się w mizerną twarz. Kobieta otworzyła oczy i spojrzała na syna. Twarz jej ożywiła się a na ustach ukazał się lekki uśmiech. Chwilę wpatrywali się w siebie uważnie a po chwili młodzian wziął leżącą na futrze dłoń kobiety i pochylając się ucałował ją z szacunkiem i synowską miłością. Podnosząc głowę rzekł do matki:

-        Droga mamo, widać że czujesz się dziś lepiej. Zapewne niebawem wyzdrowiejesz i znowu będziemy mogli razem wyjść na zewnątrz jurty,  żebyś mogła zobaczyć jak wygląda nasza osada oblana letnim słońcem. Chorujesz już od wiosny i czas żebyś wyzdrowiała.

Podczas gdy młodzieniec wypowiadał te słowa, przez twarz leżącej na futrzanym posłaniu kobiety przeleciał jakby cień smutku i spoglądając głęboko w oczy syna, powiedziała cichym głosem:

-        Synku mój, mój Bolusiu, wydaje mi się iż Pan nasz w niebiosach – o którym ci tyle opowiadałam – chce mnie już wezwać do siebie. Jednakże zanim to się stanie chciałabym cię prosić ażebyś nigdy nie zapomniał tego co ci powiem. Ty, mimo że urodziłeś się na tych stepach, nie jesteś tu u siebie! Twój Kraj i twoja Ojczyzna jest tam, hen daleko na północ i tam też powrócisz zamiast mnie. Nie było dane wrócić tam mnie, ale ty mój synku musisz to uczynić! Pamiętaj, nie pojedziesz tam, ale wrócisz, bo ty jesteś częścią mojego życia i to będzie tak jakbym ja wróciła do mojego kraju, za którym tęskniłam skrycie przez tyle lat. Moja dusza będzie ci towarzyszyć przez cały czas i będę cię chronić przez wszelkim złem. Bądź człowiekiem prawym i sprawiedliwym, a dobry Bóg, którego poznałeś z moich opowiadań, nie opuści cię ani przez chwilę i zawsze będzie cię wspomagał w twoim życiu.

Mówiąc te słowa, kobieta zdjęła ze swojej szyi złoty łańcuszek z krzyżykiem i medalionem i sięgając głowy syna zawiesiła mu go na szyi. Syn z głęboką czcią pochylił głowę i ucałował zawieszającą mu łańcuszek dłoń. Następnie, nie zdejmując talizmanu, wziął go w rękę i spojrzawszy nań z wielkim namaszczeniem, schował go za koszulę na swojej piersi. Wtedy matka powiedziała:

-        Ten krzyżyk jest symbolem wiary w Boga o którym ci opowiadałam tyle razy. Symbol ten otworzy ci wiele dróg, drzwi, a może też wiele ludzkich serc w tym dalekim, północnym kraju. W medalionie znajdziesz informacje dotyczące mojego pochodzenia i być może pomoże ci on w życiu. Lecz pamiętaj, że otworzyć go możesz dopiero po mojej śmierci! Nie wolno ci zajrzeć do niego wcześniej!

Syn, ponownie całując dłoń matki, powiedział:

-        Mamo, chciałbym żebym jak najdłużej nie mógł otworzyć tego medalionu. Ty musisz jeszcze być zdrowa i zostać z nami!

Matka, uśmiechając się smutno, odpowiedziała cichutko, jakby sama do siebie:

-        Wszystko jest w ręku naszego Stwórcy, którego symbol zawiesiłam ci na szyi, ale czuję iż nadszedł już czas odejścia z tego świata …

To mówiąc przymknęła lekko oczy zdając się być zmęczona rozmową z synem. Młodzieniec widząc że matka usnęła, podniósł się ze swojego miejsca i wyszedłszy na zewnątrz jurty zbliżył się do ojca krzątającego się przy ogrodzeniu. Basza widząc nadchodzącego syna zapytał:

-        Jak tam czuję się dziś nasza droga chora, czy śpi nadal?

-        Tak ojcze. Obecnie znów usnęła po rozmowie ze mną, ale obawiam się że jest coraz słabsza.

Basza nic nie odpowiedział, ale widać było smutek na jego zatroskanym obliczu. Przez głowę przelatywały mu burzliwe myśli: że dzieje się coś, czego on, przy całej swojej sile i władzy, nie jest w stanie ani zatrzymać, ani odwrócić. Wiele by dał za to żeby czas się cofnął, przynajmniej o dwadzieścia lat. Spojrzał na syna i westchnął ciężko: "tak, tak, wszystko na tym świecie jest zmienne i przemijające", mruknął do siebie z głębokim żalem.

Jakoż istotnie po kilku dniach wspaniała dusza kobiety o wielkim sercu uleciała ku niebiosom na spotkanie ze Stwórcą całego Wszechświata. Była szczerze opłakiwana, nie tylko przez syna i męża, ale również przez wszystkich mieszkańców stepowej osady. Wszyscy stracili kogoś kogo znali i darzyli wielkim szacunkiem. Sułtanka Laura – jak ją tu wszyscy nazywali – uważana była za osobę do której zawsze się można było zwrócić o pomoc czy radę. Ktokolwiek się do niej o cokolwiek zwrócił, nigdy nie został odtrącony; potrzebujący zawsze otrzymywali pomoc i wsparcie. Dlatego też jej śmierć dotknęła wszystkich, nawet tych najbardziej zatwardziałych stepowych wojowników. Wszyscy głęboko współczuli wodzowi jego wielkiej życiowej straty. Sułtanka Laura spoczęła na podgórskim płaskowyżu, miejscu pochówku miejscowej ludności, a syn umieścił na jej mogile drewniany krzyż, wykonany na wzór tego jaki otrzymał od matki ze złotym łańcuszkiem.

Po powrocie do jurty zdjął z szyi złoty łańcuszek, otworzył misterne zapięcie medalionu i zajrzał ciekawie do jego wnętrza. Na jednej z połówek zobaczył miniaturki kobiety i mężczyzny. Na pierwszy rzut oka widać było, że kobieta – o pięknym obliczu i jasnych włosach – była bardzo podobna do jego matki, a postawny mężczyzna patrzył na niego mądrym i przenikliwym spojrzeniem. U dołu podobizn widniał napis następującej treści: "Księżna i Książe Zieleńscy Marta i Karol Polonae". Na drugiej połówce widniała miniaturka dziewczęcia o jasnym warkoczu i z uśmiechem na ustach a u dołu napis: "Laura Anno Domini MDCXX - Zieleńce".

Młodzieniec długo przyglądał się otwartemu medalionowi, przenosząc wzrok z jednej połówki na drugą i odwrotnie, aż wreszcie zrozumiał, że na jednej widnieją miniatury rodziców jego matki a na drugiej miniaturka jej samej z czasów beztroskiego dzieciństwa. W ten sposób, nie wypuszczając medalionu z ręki, młodzieniec spędził bezsennie całą noc. Jego ojciec nie przeszkadzał mu w rozmyślaniach udając się na spoczynek. Widząc medalion w ręku syna zrozumiał wszystko. Znał ten medalion bardzo dobrze i wiedział co zawiera. Domyślał się też trwającej rozterki w duszy syna.

O pierwszym brzasku wstającego dnia, obudził się stary basza i zobaczył syna siedzącego na tym samym co wieczorem miejscu. Stwierdziwszy że ojciec już nie śpi, młodzieniec wstał i zbliżając się do starego baszy rzekł powoli:

-        Ojcze, przemyślałem wszystko i postanowiłem zgodnie z wolą mojej matki wyruszyć na północ, do dalekiego Lechistanu i tam osiąść na stałe. Czy pozwolisz mi na to?

Nastała chwila milczenia, po której odezwał się stary basza:

-        Drogi synu mój, nigdy się nie sprzeciwię jeżeli zechcesz tak postąpić. Uszanuję twoją wolę tak jak szanowałem zawsze wolę twojej matki. Wiem, że jeżeli tak postąpisz to będzie to zgodne z jej wolą. Duch twojej matki będzie cię wiódł po dalekich drogach, a jej Bóstwa będą się tobą opiekowały. Lecz synu mój, nie możesz tam wyruszyć sam! Nie znając tamtego kraju ani jego obyczajów, będziesz narażony na wiele niebezpieczeństw i nieufności. Dlatego też najpierw ja podejmę pewne kroki, ażeby przygotować godne twemu stanowi przyjęcie. Twoja matka była lechicką księżniczką i ty też powinieneś mieć godne przyjęcie w jej rodzinnym kraju. Z czasów moich wypraw kupieckich znam kilku wielmożów w Kijowie, więc najpierw do nich wyślę moich posłów z odpowiednimi pismami. Mniemam że ci wielmoże uzyskają od Wojewody kijowskiego glejt i żelazne listy dla ciebie. Dopiero potem zaopatrzę cię w odpowiednie środki, wierną drużynę i wyprawię w daleki świat.

Jak powiedział stary basza, tak też niezwłocznie uczynił. Dobrał kilkunastu odpowiednich ludzi i polecił im szykować kupiecki tabor i przygotowywać się do podróży. Sam zaś zasiadł do przygotowania odpowiednich pism do znajomych kijowskich wielmożów.

Następnego dnia o brzasku, wręczając swoim wiernym kamratom owe listy, wyprawił ich w drogę. Będąc pewnym pomyślnego rezultatu ich misji, rozpoczął przygotowania do wyjazdu syna. Wyciągnął spod kożuchów pokaźną szkatułę pełną złotych monet i drugą, podobną, pełną szlachetnych kamieni i różnej biżuterii. Z jednej i drugiej wyjął sporą część ich zawartości i przełożył do przygotowanego kupieckiego trzosu, a ów trzos włożył do specjalnej podróżnej sakwy. Następnie wyjął, także spod skór baranich, spore zawiniątko i pusty pugilares i przełożył znaczną część pieniężnych banknotów z zawiniątka do pugilaresu, który następnie także włożył do podróżnej sakwy. Skończywszy te czynności, zawiązał sakwę rzemieniem i położył ją na posłaniu syna.

Wyjrzawszy na zewnątrz, zobaczył syna stojącego przy kupieckim wozie i zawołał go do siebie. Kiedy obaj weszli ponownie do jurty, wskazał przygotowaną sakwę podróżną i rzekł:

-        Synu mój, przygotowałem ci tu tę sakwę której musisz chronić jak oka w głowie. Znajdziesz w niej wszystko co będzie ci potrzebne do urządzenia się i rozpoczęcia nowego życia w tym dalekim i wielkim kraju, który znasz już trochę z podróży kupieckich. Wiesz więc zatem, jak wielką wagę przywiązują tam ludzie do złota, szlachetnych kamieni i pieniędzy. Za te rzeczy możesz otrzymać wszystko czego zapragniesz. Daję ci synu większą część dóbr które posiadam, ażeby służyły ci kiedy będą potrzebne. Mnie, w moim tutejszym życiu, nie są one wielce przydatne.

Mówiąc to wręczył synowi zawiązaną sakwę podróżną. Syn przyjął ją z pokorą i głęboką wdzięcznością i położył obok – już uprzednio przygotowanego – wykwintnego szlacheckiego ubioru. Po czym obaj wyszli na zewnątrz jurty i dołączyli do krzątającego się jak zwykle w obejściu wiernego Batmana. Basza zwracając się do niego powiedział ze wzruszeniem:

-        Drogi i wierny mój przyjacielu, chciałbym żebyś się również szykował do drogi. Moją wolą jest, ażebyś tak jak byłeś mi przyjacielem i druhem, był nim również dla mojego syna. Musisz go chronić przed wszelkimi niebezpieczeństwami i wspierać mądrymi radami. Słowem, bądź dla niego takim przyjacielem jakim byłeś dla mnie i chociaż będzie mi ciebie tu bardzo brak, to mniemam że tam będziesz bardziej przydatny.

 Wierny sługa i przyjaciel uśmiechnął się serdecznie i ochoczo odpowiedział:

-        Chanie, czekałem aż mi to powiesz i z radością będę towarzyszył młodemu panu. Będę dla niego zawsze radą i pomocą. Jeśli pozwolisz panie, pójdę teraz przygotowywać się do podróży.

Od wyjazdu  posłańców baszy minęły trzy tygodnie. Zbliżała się pełnia lata i nagle, pewnego popołudnia, zauważono w osadzie obłoczek kurzu zbliżający się od północy. Natychmiast powiadomiono o tym baszę, który niezwłocznie wyszedł z jurty i przyglądał się szybko powiększającemu się obłoczkowi. Wnet też dojrzano zbliżające się konie i wozy. Był to poczet kupiecki wysłanych przez baszę posłańców.

Podróżni wyglądali na zmęczonych i mocno zdrożonych, ale ich twarze wyrażały zadowolenie i radość z dobrze wypełnionej misji. Jakoż rzeczywiście okazało się, że posłańcy wywiązali się z zadania zgodnie z wolą naczelnika. Po wstępnych powitaniach, przywódca kupców wyciągnął z sakwy kopertę i wręczył ją baszy z następującymi słowami:

-        Panie, zgodnie z twoją wolą, oto są pisma i glejt Wojewody kijowskiego. Panowie wielmoże, którym  przekazaliśmy twoje panie pisma, uzyskali od Wojewody wszystko o co ich prosiłeś. Byli dla nas bardzo gościnni i życzliwi. Jeden z nich gościł nas przez cały czas naszego pobytu w Kijowie na swoim dworze. Chętnie by widzieli u siebie również ciebie panie, o czym zresztą zapewne napisali.

Basza z powagą podziękował posłom za wypełnienie polecenia i przyjąwszy podaną mu kopertę, wszedł do wnętrza jurty. Przybyłymi natomiast posłami i wozami zajął się już Batman i inni kamraci. Po otrzymaniu dokumentów od Wojewody kijowskiego, przygotowania młodego baszy do podróży ruszyły z impetem. Krzątanina trwała przez kilka dni, aż wreszcie, któregoś popołudnia stary basza zarządził wyruszenie wyprawy na następny dzień. Ostatnią noc przed wyjazdem syna, stary basza spędził prawie bezsennie, syn natomiast wydawał się spać snem sprawiedliwego.

Jednakże sen jego nie był spokojny. Wzdychał, mruczał przez sen, przewracał się z boku na bok. Widocznie śniła mu się daleka wyprawa i wydarzenia które miały nastąpić. Leżąc bezsennie, stary basza słyszał nierówny sen syna. Żal mu było rozstawać się z chłopcem ale szanował jego wolę, a przede wszystkim wolę nieżyjącej małżonki. Z nastaniem świtu obudził syna i z ciężkim sercem przystąpił do ostatnich przygotowań do podróży.

Niebawem przed jurtę wyszedł młodzieniec słusznego wzrostu, ubrany w najprzedniejszy ubiór szlachecki i skierował się ku szykującemu się do podróży taborowi. Nieopodal wozów kupieckich gotów był już do wymarszu spory oddział jazdy. Jeźdźcy ubrani byli także w szlacheckie stroje i przypominali poczet książęcej jazdy. Do młodego panicza podprowadzono rączego, bogato siodłanego konia, a jego towarzysze podróży zaczęli wsiadać na konie i wozy. Młodzieniec uściskał ojca, poczym zgrabnie wskoczył na siodło i dając znak orszakowi, ruszył w kierunku północnego szlaku. Oddział jazdy, na którego czele jechał wierny Batman, ruszył za nim, a na końcu potoczyły się wyładowane wozy. Wkrótce zniknęli z oczu starego baszy i zgromadzonych na placu mieszkańców stepowej tatarskiej osady.

 * * *

 Zajmiemy się teraz wyłącznie losami młodzieńca jadącego w nieznane na czele swojej licznej karawany. Po trzech dniach podróży, przerywanej licznymi odpoczynkami i popasami, kupiecka karawana stanęła na rogatkach Kijowa. Poczet zatrzymał się na postój w zajeździe na podgrodziu, gdzie zostali przyjęci jako – często tu bywający – perscy kupcy i jedynie ich przywódca, elegancki młody szlachcic, wzbudzał większe zainteresowanie.

Właściciel karczmy starał się wybadać, pośród załogi karawany, kto zacz za jeden jest ów młodzian, który wydawał się być przywódcą kupieckiego taboru. Słysząc te indagacje, jak zwykle czujny i przebiegły Batman, wyjaśnił karczmarzowi, że ich przywódca jest wołyńskim szlachcicem osiadłym w Persji jako bogaty kupiec. Wnet fama ta obiegła wszystkie miejscowe szynki i zajazdy, a ich właściciele zaczęli zabiegać o zakwaterowanie ludzi z drużyny tak znacznego i bogatego kupca. Tymczasem towarzysze młodego szlachcica (tak go już teraz będziemy go nazywać), nie tracąc czasu, rozpoczęli transakcje kupieckie, proponując do sprzedania: futra, skóry oraz perskie tkaniny i dywany.

Należy tu nadmienić, że stary basza, dobierając członków do pocztu syna, wybrał ludzi którzy towarzyszyli mu kiedyś w kupieckich wyprawach i znających dobrze kupieckie rzemiosło, a więc poczet młodego szlachcica sprawiał wrażenie rzeczywistej kupieckiej karawany, a sam szlachcic uznany został za wybitnego, bogatego i wziętego kupca, o względy którego zaczęli zabiegać najwięksi i najbogatsi wielmoże kijowskiego grodu. Młody szlachcic wprawiał się w rzemiośle kupieckim i nawiązywał kontakty prowadząc rozległe życie towarzyskie, także wieść o nim dotarła również do samego księcia Wojewody.

Pewnego dnia, do oberży w której mieszkał młody szlachcic, przybył posłaniec Wojewody z zaproszeniem na zamek. Wówczas to młody basza uznał że nadszedł czas ujawnienia glejtu pana Wojewody. Wyciągnął przekazane mu przez ojca dokumenty, ubrał się szykownie i zabierając ze sobą Batmana, udał się na zamek Księcia. Przybywszy, oznajmił że jest kupcem zaproszonym przez Pana Wojewodę i natychmiast został wprowadzony na komnaty, gdzie przyjął go sam kijowski Książe. Młody szlachcic powitał Księcia eleganckim ukłonem, poczym wręczył mu jako podarunek misterne puzderko z drogocennym opalem. Pokazał też książęcy glejt, co wyraźnie zaskoczyło gospodarza. Książe przyjrzał się bystro młodzieńcowi i rzekł zbliżając się do niego:

-        Ach, więc to waszmość jesteś tym tureckim hetmanem, o którym mi już tyle opowiadał Starosta kijowski i Hetman koronny. Znam waszmości z opowiadania wielu znamienitych ludzi naszego grodu. Wszyscy oni gorąco mi waszmości polecali, twierdząc iż jesteś prawym człowiekiem i chcesz służyć Koronie polskiej. Na Turka to mi waszmość nie wyglądasz, ale skoro chcesz służyć Koronie i jesteś znamienitego rodu, zatem mianuję cię hetmanem zaciężnej chorągwi. Zaś wiem też, że i swoją masz liczną drużynę więc i ją przyjmuję na służbę.

To powiedziawszy, Książe podszedł do stołu, wybrał jeden z leżących tam pergaminów i chwilę go studiując, rzekł:

-        Napisano mi tu w opiniach polecających, iż jesteś waść ze szlacheckiego rodu, nazywasz się Osman Stępowski i podobno jesteś potomkiem polskiej książęcej krwi, ale urodziłeś się w Persji. Tak tu wszystko stoi napisane w przekazanych przez Hetmana koronnego pismach, a ja nie mam potrzeby wcale w takie opinie wątpić i Korona nie odrzuca ludzi chcących jej wiernie służyć. Ponadto jesteś także jakby powracającym na swoją ziemię wygnańcem. Zatem od dziś, jesteś waszmość Hetmanem polnym i masz prawo wstępu na zamek w każdej chwili. Każę wystawić i doręczyć waści stosowne dokumenty a od jutra zapoznasz się waść ze swą chorągwią.

Po tych słowach, Książe skinął ręką na pożegnanie, dając znak że audiencja jest zakończona. Młodzieniec skłonił głowę i opuścił komnaty zamku. Był bardzo zadowolony z osiągnięcia tak zaszczytnego tytułu. Radości nie ukrywał też wiernie towarzyszący mu Batman.

Tak rozpoczęła się służba młodego hetmana w ojczyźnie jego matki. Rozpoczęła się normalna wojskowa służba. Karawana kupców przekształciła się w karną i zdyscyplinowaną drużynę. Za młodego hetmana, którego między sobą nazywali chanem baszą, jego ludzie gotowi byli iść w każdy bój, a nawet bez wahania oddać życie.

horizontal rule

Rozdział V

Słowo wstępne    Rozdział I    Rozdział II    Rozdział III    Rozdział IV    Rozdział VI    Rozdział VII    Rozdział VIII    Rozdział IX    Od tłumacza    Uwagi Część I    Uwagi Część II    Początek strony

Zauroczenie

 Tak więc zaczęła się nowa, nieznana mu przygoda. Osman miał teraz bardzo dużo zajęć, takich jak: zapoznanie się z przydzieloną mu chorągwią, przegląd jej stanu, uzupełnianie wyposażeń, musztry wojskowe i wiele innych. Na tych czynnościach upłynęło mu prawie pół roku.

Książe Wojewoda często wizytował chorągiew młodego hetmana i był bardzo zadowolony z jej stanu i dyscypliny. Tak więc hetman Osman – jak go nazywano w chorągwi – zyskiwał, mimo młodego wieku, coraz większe uznanie, zarówno przełożonych i rycerstwa, jak i wśród miejscowej szlachty. Kijowscy wielmoże coraz bardziej zabiegali o jego względy, przyjmując go i goszcząc chętnie w swoich dworach i pałacach. Niejedna też szlachcianka wzdychała głęboko na jego widok.

Pomimo tych sukcesów, Osman zachował powagę i umiarkowanie w obcowaniu z wielmożami i niewiastami. Niejednokrotnie wieczorem, w swojej komnacie którą dzielił z Batmanem, wyjmował z zanadrza medalion i otwierając go wpatrywał się godzinami w znajdujące się tam wizerunki, przypominając sobie wszystko co kiedykolwiek usłyszał od swojej drogiej matki. Jego wierny sługa, widząc te chwile zadumy swojego pana, starał się zachowywać cicho i nie przeszkadzać mu w rozmyślaniach.

Wreszcie któregoś dnia, po kolejnym rozmyślaniu i odczytywaniu napisu znajdującego się w medalionie, podjął decyzję że nadszedł już czas aby odszukać rodzinne strony matki. Nazajutrz udał się do wojewody przedkładając mu prośbę o udzielenie czasowego zwolnienia, ponieważ chce się udać na Wołyń w rodzinnych interesach. Wojewoda, upewniwszy się że w Kijowie nie ma teraz dla hetmana wielce pilnych zajęć, chętnie przystał na jego prośbę, udzielając mu trzymiesięcznego zwolnienia ze służby. Nie zwlekając Osman rozpoczął przygotowania do wyjazdu. Kazał przygotować najprzedniejsze konie, rycerską zbroję i zabierając ze sobą Batmana oraz kilkunastu zbrojnych ludzi, wyruszył niebawem z Kijowa ku ziemi wołyńskiej.

Przed wieczorem poczet dotarł do miasta Żytomierz. Tu też niezwłocznie zatrzymano się na popas i nocleg. O wszystko jak zawsze zadbał zapobiegliwy Batman, wynajmując w oberży na rogatkach miasta stajnie dla koni i noclegi dla ludzi. Po wieczerzy, jak to było ostatnio w jego zwyczaju, Osman wyjął medalion i otwierając go przyjrzał się jego wnętrzu. Jego uwagę przykuł tym razem napis ˛Zieleńce˛ umieszczony pod miniaturką matki. Nagle zaświtała mu w głowie myśl, że to jest zapewne nazwa miejscowości z której pochodziła. Ukrył na piersiach medalion i kazał Batmanowi udać się do szynku i rozpytać karczmarza o miejscowość Zieleńce. Zamawiając sobie kufel przedniego miodu, stary wiarus, niby od niechcenia zapytał karczmarza czy zna miejscowość Zieleńce. Karczmarz odrzekł twierdząco, dodając że jest to sąsiedni grodek, do którego jest najwyżej cztery godziny drogi. Z tą wiadomością powrócił Batman do swojego pana, który ucieszywszy się bardzo oznajmił że nazajutrz wyruszają do owego miasta.

Uzyskawszy tak ważną informację Osman nie mógł spokojnie zasnąć w nocy. Z pierwszym brzaskiem zerwał się z pościeli i budząc Batmana kazał szykować poczet do drogi. Jakoż wnet wyruszyli i jeszcze przed południem stanęli na rogatkach grodu nazywającego się Zieleńce. Zaraz też znaleźli miejscową oberżę i pod pozorem spożycia południowego posiłku stanęli na popas.

Opatrzywszy konie na placu przy karczmie weszli do jej wnętrza. Wewnątrz, stojąca przy dużym drewnianym szynkwasie, młoda szynkarka bystrym i ciekawym spojrzeniem obrzuciła wchodzących rycerzy. Przybysze zajęli miejsca przy dużym stole a Batman podszedł do szynkwasu zamawiając kufle przedniego miodu. Kolejno przenosił do stołu, przy którym siedzieli kamraci, podawane mu przez dziewoję szklanice.

Zaczęli sączyć złoty miód rozglądając się ciekawie po izbie i obserwując siedzących przy sąsiednich stołach szlachciców. Sami zaś, widocznie obco wyglądający, też byli przedmiotem zainteresowania, zarówno personelu karczmy jak i znajdujących się w niej gości. Zarówno sam Osman jak i jego towarzysze wyglądali bogato i okazale, to też od razu uznano ich za znamienitych gości i traktowano z respektem i szacunkiem. Wkrótce karczmę obiegła wieść – uzyskana zapewne od jednego z towarzyszy Osmana , że jest to Hetman polny Księcia Wojewody ze swoją drużyną, także wzrosło jeszcze zainteresowanie przybyszami. Osman postanowił zatrzymać się w tym zajeździe na dłużej, przede wszystkim w celu bliższego poznania grodu, a także dla zebrania informacji dotyczących rodziny jego matki.

Przez kilka dni drużyna Osmana spędzała czas w karczmie na piciu miodu i piwa oraz prowadzeniu rozmów towarzyskich. Sam Osman – w towarzystwie Batmana – włóczył się jakby od niechcenia po uliczkach i zaułkach cichego grodu, lecz nigdzie nie mógł uzyskać nawet najmniejszej informacji o Zieleńskich i zasępiony srodze wrócił do oberży. Siedząc przy kubku miodu wyglądał na bardzo przygnębionego, gdy nagle wkroczył do szynku, w asyście dwóch szlachciców, jegomość z sumiastym wąsem i zamówiwszy sobie u szynkarki kubek miodu zbliżył się do stołu przy którym siedział Osman. Zwracając się do niego z szerokim uśmiechem odezwał się tubalnym głosem:

-        Witam waszmości, jestem starosta grodu, a waść zaś jesteś niechybnie owym Hetmanem polnym Księcia Wojewody, o którym słyszałem iż zawitałeś w odwiedziny do naszego grodu. Rad jestem waszmości poznać.

 Osman podniósł się z ławy, oddał ukłon i odpowiedział grzecznie:

-        W istocie, jestem Hetmanem polnym księcia Wojewody i także jestem bardzo rad z poznania waszmości Pana Starosty. Jestem tu w grodzie przejazdem a zatrzymałem się dla zebrania pewnych wiadomości.

 

Starosta popijając miód z kubka zwrócił się do hetmana mówiąc:

-        A zatem skoro już poznaliśmy się, zapraszam waszmości do odwiedzenia mojego domu. Rad będę przyjąć w gościnę waszmość Hetmana w moim skromnym domostwie. Także moja rodzina będzie wielce kontentna zaszczytem jakim będą odwiedziny waszmości. Może też być iż będę w stanie udzielić wiadomości, których waść szukasz.

 Osman chwilę się zastanawiał, po czym bardzo grzecznie odrzekł:

-        Dziękuję waszmości za zaproszenie mnie do siebie. Poczytuję to sobie za zaszczyt i nie omieszkam zgłosić się jutro w godzinie południowej. Chętnie poznam bliżej waści i jego rodzinę.

 Starosta dopił złoty miód z kubka, otarł wierzchem dłoni sumiaste wąsy i uśmiechając się szeroko powiedział:

-        Zatem ustaliliśmy. Jestem rad ogromnie i oczekuję waści jutro. A teraz czas już na mnie, bo obowiązki Starosty czekają załatwienia.

To mówiąc skłonił się szarmancko hetmanowi i opuścił gospodę. W ten sposób młody hetman zaczął poznawać nowych, wpływowych ludzi i jak się później okaże, będzie to znajomość mająca wielkie znaczenie dla przyszłości młodego człowieka. Z nastaniem wieczoru Osman omówił z Batmanem przygotowania do jutrzejszej wizyty na dworze grodzkiego starosty po czym udali się na spoczynek.

Następnego dnia młody panicz ubrał się wyszukanie a z sakwy podróżnej wyjął kilka klejnotów umieszczając je w trzosie przypiętym do pasa. Precjoza te zabierał ze sobą jako ewentualne prezenty dla członków rodziny starosty, aczkolwiek nie znał jeszcze nikogo poza nim samym. Kiedy słońce zaczęło się zbliżać ku południu, Osman z Batmanem udali się na dwór grodzkiego starosty, gdzie zostali natychmiast wprowadzeni na komnaty. Wnet też zjawił się sam gospodarz i witając gości ukłonem powiedział:

-        Rad jestem niezmiernie, iż mogę powitać waszmość pana Hetmana w moich niskich progach. Jest to dla mnie ogromny zaszczyt, iż tak znamienity gość raczył przybyć do mojego dworu. Bardzo się z tego cieszę a także moja jejmość małżonka i moja latorośl córka będą rade poznać waszmość pana. Wnet też zasiądziemy do obiadu i przedstawię Ci Panie moje białogłowy. Tymczasem  usiądźmy przy stoliku porozmawiać i napić się tureckiego czaju.

To mówiąc, starosta podprowadził gości do rogu komnaty gdzie się znajdował stylizowany stolik i zaprosił przybyłych do zajęcia miejsc na wygodnej wiedeńskiej otomanie. Zanim goście usiedli, otworzyły się boczne drzwi i weszło kilkoro służby stawiając na stół zastawę do herbaty i owoce; wniesiono też misterny samowar do parzenia wschodnich herbat. Po zajęciu miejsc przez gości i gospodarza, jeden z usługujących szybko i sprawnie zaczął nalewać herbatę i stawiać kubki na stoliku. Po pierwszym łyku aromatycznego napoju gospodarz zagaił rozmowę:

-        Słyszałem że waszmość odwiedziłeś nasz gród z rekonesansem. Być może będę w stanie pomóc w czymś waści, tedy chętnie służę pomocą.

Osman, po krótkim zastanowieniu, postanowił nie zdradzać od razu swojej tożsamości, jedynie w zręcznej rozmowie uzyskać potrzebne mu informacje. Po wypiciu łyku herbaty i odstawieniu kubka zaczął mówić:

-        Istotnie Mości Starosto, chcę poszukać dawnych śladów i dawnych znajomości. Otóż mój ojciec – który był znamienitym kupcem – będąc przed wieloma laty w podróży właśnie w tym grodzie, nawiązał serdeczną przyjaźń z rodziną Książęcą. Opowiadał mi wiele o ich gościnności i uprzejmości. Przyjaźń ta pozostała na zawsze w jego sercu, dlatego też polecił mi odszukanie tych Księstwa i przekazanie im pozdrowień oraz darów od niego. Chcąc więc wypełnić wolę ojca staram się odnaleźć tych Państwa.

 Starosta słuchał uważnie, zdając się przywiązywać znaczną uwagę do słów Osmana. Kiedy ten skończył mówić natychmiast zapytał:

-        Może mógłbym ci pomóc waszmość Hetmanie, wyjaw mi więc godność rodu którego poszukujesz? Znam w okolicy wielu znamienitych ludzi.

-        Mości Starosto, poszukuję Księstwa Zieleńskich, rzekł Osman.

 Słysząc te słowa starosta mocno się zasmucił. Pochylił głowę i westchnąwszy ciężko powiedział:

-        Obawiam się Mości Hetmanie, iż nie udzielę Ci wesołej odpowiedzi. 

Zadumał się przez chwilę starosta i jakby łza zabłysła w jego oku a wkrótce z jego ust popłynęła smutna opowieść:

 -    Otóż Mości Hetmanie, istotnie przed ponad dwudziestu laty włodarzem naszego miasta był Książę Zieleński, mający tu od Króla plenipotencję. Sam byłem wówczas poddanym Księcia, który był dobrym i sprawiedliwym panem. Pewnego dnia gród nasz został zdradziecko najechany przez oddziały dońskich kozaków, którzy złupili i zburzyli zamek książęcy a całą rodzinę wymordowali. Była to ponoć osobista zemsta jakiegoś kozackiego watażki. Po ich najeździe odnaleźliśmy i pogrzebali doczesne szczątki księcia i księżnej, nie znaleźliśmy tylko zwłok ich dziewiętnastoletniej córki Laury. Mniemaliśmy iż została zabrana przez kozaków w srogą niewolę. Opłakaliśmy księcia i czyniliśmy wiele starań nad odszukaniem księżniczki. Rozesłaliśmy najwytrawniejszych posłów na kozaczyznę celem jej odnalezienia i wykupienia. Wszystkie nasze starania nie przyniosły jednak żadnych rezultatów. Wysłani posłowie dotarli do najdalszych zakątków kozaczyzny, ale nie natrafili nawet na najmniejszą wiadomość o niej. Jedynie jeden z posłów przywiózł wieść, iż jedna z kozackich watah nie wróciła do domu ze zbójeckiej wyprawy; kozacy mniemali, że została ona rozbita przez polskie rycerstwo. W końcu uznaliśmy Księżniczkę za zaginioną. Dopieroż, już nie pamiętam dokładnie kiedy, ale chyba po pięciu latach od zakończenia naszych poszukiwań, przyjechał z taborem kupieckim – już jako młodzieniec – lokajczyk który usługiwał księżniczce, oznajmiając nam przedziwne wieści. Z jego relacji wynikało, że kozacy którzy ich porwali w czasie powrotu nad Don, zostali rozbici przez tatarów a on wraz z Księżniczką zostali zabrani do odległej krainy. Tatarzy nie uczynili im krzywdy a wręcz przeciwnie, traktowali ich bardzo dobrze. Jeden Chan Basza wyleczył Księżniczkę i zapewnił jej dostatnie życie. Księżniczka bardzo bolała nad tym co uczynili kozacy i postanowiła pozostać w tym dalekim kraju, poślubiając z własnej woli owego Baszę. Pachołkowi zaś kazała wracać z karawaną kupców do Polski, co też uczynił. Przed odjazdem nakazała mu powiedzieć ażeby jej nie szukano. Opowiadając to ów pachołek przysiągł na krzyż że wszystko co mówi jest szczerą prawdą. Szanując wolę księżniczki nie wznowiliśmy dalszych poszukiwań.

Słuchając tego opowiadania z zainteresowaniem Osman był rad że nie zdradził dotąd swojego pochodzenia. Postanowił dalej tego nie czynić, choć odczuwał wielkie podniecenie. Był przekonany że dowiedział się prawdy. Także z oblicza wiernego Batmana można było wyczytać że myśli podobnie jak jego pan. W komnacie zapadła chwilowa cisza, po czym Osman zwrócił się ponownie do starosty:

-        Czy owy pachołek, który wrócił z kupcami, jest teraz w grodzie?

-        Nie. Nie ma go, jest w służbie królewskiej. Po jego powrocie zainteresował się nim Król będący wówczas z wizytą w naszym grodzie, a ponieważ pachole nie miało nikogo z rodziny, Jaśnie Pan zabrał go do swojego orszaku.

W komnacie zapanowała cisza. Po niedługim czasie otwarły się boczne drzwi komnaty i lokaj oznajmił że podano obiad w salonie:

-        Ha, zatem proszę waszmościów na skromny posiłek, rzekł starosta.

Wprowadził gości do sąsiedniej komnaty nazwanej przez lokaja salonem, gdzie zastali uginające się już od jadła i napitków stoły. Jeszcze goście nie zdążyli zająć swoich miejsc wskazanych im przesz starostę, gdy otworzyły się boczne drzwi i ukazały się dwie niewiasty. Pierwszą z nich, jak można było mniemać, była panią starościną. Ubrana była gustownie w długą powłóczystą suknię z kaszmiru, na szyi miała złoty łańcuch z medalionem, zaś w misternie ułożonych jasnych włosach miała wpiętą czerwoną różę. Była jeszcze piękną kobietą. Drugą z wchodzących niewiast była młoda dziewczyna, ubrana również gustownie jak jej matka. Osman spojrzał i ... dech mu w piersiach zaparło. Ujrzał niebiańską istotę, niezbyt wysoką, ale giętką i bardzo proporcjonalnie w pasie wciętą. Prześliczne formy jej kształtnego ciała uwypuklały lekkie fałdy miękkiego jedwabiu; błękitne oczy ocienione były ciemnymi rzęsami a jasne, lniane włosy splecione w gruby warkocz spadały jej poniżej pasa. Jej foremny nosek wystawał w doskonałym rozmiarze nad pięknymi ustami, umiejącymi: raz uśmiechać się rozumnie i filuternie, innym razem śmiać się serdecznie, zawsze odkrywając ząbki białe, drobne i równe jak perełki.

Osman patrzył jak zaczarowany na zajmujące miejsca przy stole damy. Starosta dokonał prezentacji, przedstawiając niewiastom hetmana jako swego przyjaciela, a gościom jejmość starościnę i – jak się wyraził – latorośl córkę Klarę. Przedstawiani mężczyźni skłonili się z szacunkiem obu damom a następnie za przykładem pań zajęli miejsca prze stole. Początkowo wszyscy jedli i pili w milczeniu. Później nawiązano rozmowy, ale były one urywane, krótkie i ogólnikowe. Osman jadł mało, co rusz spoglądał na nieziemskie bóstwo siedzące – jakby specjalnie – naprzeciw niego. Przyglądał się jej twarzyczce owalnej i świeżej, jej oczom które umiały patrzyć całą duszą, jej ustom jak jagoda rumianym, jej rączkom jak śnieg białym ... Pod koniec posiłku rozmowa ożywiła się. Mówiono o Podolu, Wołyniu i o własnym grodzie. Starosta opowiedział również damom to co wiedział o swoim gościu, Hetmanie polnym Księcia Wojewody.

Wreszcie obiad skończono. Najpierw wstały damy a za nimi podnieśli się też mężczyźni, przechodząc za damami do komnaty bocznej  i zajmując miejsca na sofach. Po kilku chwilach Osman wstał, otworzył przypięty do pasa trzos i oświadczył, że bardzo prosi szanownych gospodarzy o przyjęcie od niego upominków w dowód wdzięczności za serdeczność i gościnę. Wyciągając z trzosa precjoza wręczał je damom z ukłonem. Jejmość starościnie dał złotą broszę i misterny pierścień z szafirem, starościance złoty łańcuszek z medalionem, misterne zausznice i mały pierścionek z rubinem a pana starostę obdarzył grubym, złotym sygnetem herbowym. Wszyscy obdarowani byli bardzo zadowoleni z otrzymanych podarków. Przy okazji Osman wyjaśnił, że owe prezenty pochodzą od jego ojca i że miał je przekazać dla dawnych jego przyjaciół.

Nie chcąc nadużywać uprzejmej gościnności starostwa, Osman uznał że nadszedł czas zakończyć pierwszą wizytę. Żegnając się, podziękował ponownie za gościnę i zapewnił gospodarzy o swojej życzliwości i oddaniu, poczym wśród obopólnych ukłonów opuścił pałac starosty, wracając z Batmanem do kwatery w miejscowym zajeździe.

Długo po powrocie nie mógł ochłonąć z wrażenia jakie wywarła na nim starościanka. Przed jego oczyma ciągle widniała śliczna, uśmiechnięta twarzyczka młodej niewiasty z warkoczem lnianych włosów, podobnym do tego jaki miała niegdyś jego droga matka. Wydawało mu się że cały świat wiruje mu przed oczyma a z każdego jego zakątka uśmiechają się do niego małe, drobne usteczka. Młodzieniec zrozumiał, że obecnie wszystko się dla niego zmieniło, że ogarnął go – nieznany mu dotąd – płomień uczucia do tej drobnej istoty.

Starosta był również wielce kontent z bliższego poznania znamienitego gościa. Być może w duchu przemyśliwał już o ewentualnym, dostojnym i bogatym – co wysnuwał z otrzymanych podarków – konkurencie do ręki jedynaczki: "Na Boga, nie miałbym nic przeciw takiej ewentualności", mruknął do siebie po wyjściu gości.

Tymczasem dzień się kończył. Starościanka Klara uściskała rodziców na dobranoc i udała się do sypialnej komnaty. Rozebrała się szybko, położyła i obróciwszy się twarzą do ściany dała wolny bieg myślom. Czuła jak jej twarz płonęła, jak puls łomoce, jak łezka wymyka się spod zamkniętej powieki i zawiesza na długiej, ciemnej rzęsie. Po pewnym czasie, przyciskając bijące serce – które po raz pierwszy tak dziwnie stukało w jej dziewiczym łonie – przypomniała sobie że jeszcze nie zmówiła pacierza. Zaczęła modlitwę, ale krzyżowały ją inne obrazy, inne słowa, inne nadzieje. Ze trzy razy zaczynała Ojcze Nasz i dokończyć go nie mogła. Chciała więc siebie przekonać, zmusić się do uwagi, odłożyć na potem słodkie marzenia, ale jej przeszkadzał obraz pięknego młodzieńca, jego głos męski i ujmujący, jego maniery pełne grzeczności i naturalności. Tak walczyła z sobą długo … aż w końcu znużona walką pacierza z rodzącym się głosem serca, usnęła. Zapalił się wielki płomień obopólnego zauroczenia sobą tych dwojga młodych ludzi.

horizontal rule

Rozdział VI

Słowo wstępne    Rozdział I    Rozdział II    Rozdział III    Rozdział IV    Rozdział V    Rozdział VII    Rozdział VIII    Rozdział IX    Od tłumacza    Uwagi Część I    Uwagi Część II    Początek strony

Wielki Afekt 

Od tego obiadu tak się składało, że pan Starosta bardzo często – niby to przypadkiem – zjawiał się w karczmie i wymieniał grzeczności z młodym hetmanem, ponawiając za każdym razem zaproszenie: czy to na  obiad, czy na herbatę, czy tylko na zwykłą towarzyską pogawędkę. Młodzieniec bardzo chętnie przyjmował te zaproszenia i stał się częstym gościem na komnatach pana Starosty, gdzie był zresztą bardzo mile widzianym. Osman zjawiał się w domu starosty przeważnie sam, bez Batmana. Zresztą i sam stary wiarus uważał za bardziej stosowne ażeby młody panicz w pojedynkę składał te grzecznościowe wizyty. Starosta i młody hetman wiedli przy herbacie ożywione dysputy na wszelkie interesujące ich tematy. Młodzieniec szybko przyzwyczaił się do tych odwiedzin i niecierpliwie oczekiwał następnego razu. Prawie zawsze tak się składało, że rozmowom mężczyzn towarzyszyły starościna i starościanka.

Przy każdej wizycie młodzi zamieniali ze sobą co najmniej kilka słów i częste a wymowne spojrzenia i uśmiechy rozumiane bez zbędnych słów. Czasami też – niby przypadkowo – ręce spotykały przez delikatne dotknięcie lub leciutki uścisk delikatnych paluszków … To wszystko zbliżało młodych ludzi i potęgowało rozkwitające uczucie. Państwo starostwo niewątpliwie dostrzegali wzajemny pociąg do siebie tych dwojga, ale nie przeszkadzali ich rozwijającemu się afektowi, wręcz przeciwnie, wydawali się być wielce zadowoleni. Trudno byłoby sobie wyobrazić lepszej partii dla ich ukochanej jedynaczki.

Kiedy Osman nie mógł być na dworze starosty, czas mu się wlókł niemiłosiernie długo i dosłownie nie mógł sobie znaleźć miejsca na swojej kwaterze. Natomiast Klara, w starościńskim dworze: ubrana w śliczny szlafroczek z obcisłymi rękawami – nie zakrywający bynajmniej jej pięknych kształtów, z małym kołnierzykiem wyhaftowanym w delikatne wzory, z kryzami, które tym bielszą czyniły jej śnieżną rękę, stała w oknie sama i wyglądała na dziedziniec. Jedną ręką trzymając chusteczkę, którą co chwila ocierała wilgotniejące oczęta, drugą igrając ze swoim pięknym lnianym warkoczem, nuciła coś cicho, często sobie przerywając serdecznym westchnieniem. Tak mijały godziny, w ciągu których piękna starościanka nie była w stanie niczym się zająć. Czasami podchodziła do znajdującego się na przeciwległej ścianie dużego zwierciadła, jak gdyby chcąc go zapytać: "Powiedz mi czyż nie jestem wystarczająco ładna?" A zwierciadło odpowiadało stale to samo. Pokazywało twarzyczkę piękną, okoloną bogactwem prześlicznych jasnych włosów, kibić wyniosłą, wciętą i zgrabną, nóżkę maleńką a odzianą z wyszukaną elegancją, o co starannie zabiegała jej troskliwa matka. Nie mogła się nie uśmiechnąć z ukontentowania zobaczywszy się tak ładną. Ale ten uśmiech przemijał szybko i znów smutek i tęsknota osiadały na jej czole. Odwracała się wtedy od zwierciadła, pochylała głowę i załamawszy rączki, stała tak sama jedna na środku komnaty.

Na spotkaniach u starosty, obiadach, herbatkach i długich dysputach minęły Osmanowi niepostrzeżenie dwa miesiące. Został już tylko jeden z udzielonego mu przez wojewodę zwolnienia od służby. Młody hetman żył na stopie odpowiadającej jego szlacheckiej pozycji i miał na to odpowiednie środki. Był dobrze wyposażony materialnie przez ojca a ponadto otrzymywał z kasy wojewody znaczny żołd.

W czasie pobytu w Zieleńcach Osman zakupił elegancką karocę i odbywał nią – w towarzystwie starosty, starościny i starościanki – podróże do okolicznych grodów, między innymi do Żytomierza i Cudnowa. Nazwa grodu Cudnów przywołała Osmanowi słyszane w dzieciństwie opowiadania Batmana. Te wspólne wycieczki dodatkowo zbliżyły do siebie młodych ludzi. Starosta tak zawsze aranżował zajmowanie miejsc w karocy, że sam siedział ze starościną a młodzi siedzieli obok siebie. Były więc okazje do przypadkowych spojrzeń, dotknięć lub nieznacznych uścisków niby przypadkowo spotykających się rąk.

W czasie jednej z wizyt, podczas gdy starosta zajęty był sprawami grodu a pani starościna doglądaniem gotowania obiadu, młodzi wyszli do pałacowego parku na przechadzkę i poszli alejkami w głąb ogrodu. Alejka była pusta i tylko posąg półnagiej bogini dumał o swej zgasłej przeszłości. Usiedli na kamiennej ławce i bez słowa utonęli oczyma w oczach. Osman patrzył z bliska na jej policzki zabarwione rumieńcem zdrowia, na brwi rysujące się lekkimi łukami, w głąb oczu głębokich jak nocne niebiosa, na usta piękniejsze niż poranna zorza. A ona pozwalała mu tak patrzeć bezkarnie, długo, bez końca … W pewnym momencie Klarunia wyciągnęła lewą rączkę i uśmiechając się wzięła jego prawą dłoń, dołączyła do lewej rączki prawą i delikatnie ale z namiętnością głaskała i pieściła męskie palce i wnętrze dłoni. Im dłużej, im bardziej oszalałym wzrokiem patrzył, tym pieszczota rąk stawała się wymowniejsza a łomoczące serca zamierały ze szczęścia. Klarunia zarumieniła się jeszcze bardziej i promieniała uśmiechem. W pewnej chwili rozejrzała się po pustym parku i przybliżyła swój policzek pod same jego usta. Złożył na nich czysty, niewinny, uroczysty pocałunek:

-        A co, czy dobrze zrobiłam? zapytała, topiąc w jego oczach swe boskie, pełne wyrazu oczy.

-        Bardzo dobrze, Klaruniu, szepnął pokornie.

Znowu rozejrzała się po całym parku i szepnęła cicho, ściskając w swych rękach jego dłoń:

-        A chcesz, żebym była twoja, zupełnie twoja?

Osman siedział oszalały ze szczęścia a ściśnięte ze wzruszenia gardło nie było w stanie wymówić odpowiedzi.

-        Tylko twoja będę!

 Wymówiła te słowa z najgłębszym przekonaniem, potwierdzonym spojrzeniem zaglądającym w sam głąb jego duszy i uściskiem jej obydwu dłoni na jego ręce. Wstali z ławki i poszli wolno alejką w kierunku zamku, trzymając się za ręce.

 Nastały dla młodych najpiękniejsze dni w ich życiu, a wszystkie inne sprawy potoczyły się zwykłym kołem uciekającego w szybkim tempie czasu. Osman był już teraz codziennym gościem na zamku pana starosty, ba był nawet traktowany jako ktoś bliski, jako członek rodziny. Wszyscy byli z tego rozwoju wydarzeń bardzo zadowoleni i traktowali sytuację jak zupełnie normalną. Szczególnie kontent był pan Starosta, gdyż spełniło się jego skryte marzenie o właściwej partii dla jego jedynaczki. Kandydatowi do ręki córki niczego nie można było zarzucić, zarówno pod względem urody, fortuny czy zaszczytnego już – mimo młodego wieku – stanowiska. Osman, zajęty nową sytuacją, odsunął na dalszy plan ujawnienie swojej tożsamości; wolał zostać perskim księciem polskiego pochodzenia powracającym do służby dla Korony polskiej. Będąc codziennym gościem na zamku, stając się jakby jego domownikiem, miał do niego wstęp o każdej porze dnia.

Ale nadeszły wreszcie ostatnie dni urlopu. Osman myślał z niepokojem o konieczności powrotu do Kijowa. Pewnego dnia, w porze południowej, bez zaproszenia i bez anonsów udał się na zamek starosty chcąc poruszyć w rozmowie sprawę powrotu do chorągwi. Jak zwykle, służba bez najmniejszych oporów otworzyła przed młodym hetmanem drzwi na zamkowe komnaty a Klarunia sama mu otworzyła drzwi salonu. Kiedy tylko wszedł rzekła z uśmieszkiem:

-        Rodziców nie ma!

-        Wyjechali?

-        Tak, wyjechali do Zasławia, wrócą dopiero wieczorem, jesteśmy sami.

Ujęła jego rękę swą śliczną dłonią i poprowadziła go korytarzykiem do swojego małego saloniku. Po drodze przycisnęła jego rękę do swojej piersi. Przez cienki, delikatny jedwab wyczuwał wierzchem dłoni krągłość i jędrność kobiecego kształtu. Zadrżał ze szczęścia. Gdy dotarli do saloniku, będącego jednocześnie jej sypialnią, wspięła się na palce, objęła jego głowę rękami, szyję ramionami. Powieki jej były spuszczone, usta pąsowe i gorące. Wyszeptała:

-        Nie bój się ...

-        A ty, Klaruniu?

-        Ja tego chcę...

-        Cóż to będzie?

-        Chcę mieć małego synka, ślicznego z czarnymi jak ty oczami. Będę go karmiła, będę chowała ...

-        Klaruniu!

Przez chwilę trwoga przed zupełnym obnażeniem zmuszała ją do odpychania natarczywych rąk, ale wkrótce objęła jego głowę dłońmi, owinęła rękoma jak pasmami płomieni i utonęli w otchłani namiętności …

 Zaczęło się już zmierzchać, ale półmrok saloniku nie mógł pokryć bladości oblicz obojga, na których pozostał zastygły uśmiech szczęścia. Osman wyszedł przed zmrokiem, zanim jeszcze wrócili starostwo. Zbiegł ze schodów i podążył do swojej kwatery znanymi uliczkami. Serce wypełniała mu nieograniczona radość; osiągnął wszystko; czuł, że wstąpił na ścieżkę wiodącą wysoko. Obojętne mu były domy, mury, parkany, ludzie pierwszy raz widziani a każdy idący gdzieś w swoim celu. Jak w malignie wrócił do kwatery i nie rozbierając się zwalił się na posłanie. Siedzący przy stole Batman w pierwsze chwili myślał że stało się coś złego i już otworzył usta ażeby zapytać o przyczynę, lecz widząc błąkający się na ustach swego pana zagadkowy uśmiech, zrozumiał wszystko i nie odezwał się ani słowem, ażeby nie przeszkadzać. Idylla młodych rozwinęła się tak nagle i nieprzewidzianie, w ciągu zaledwie trzech miesięcy, ale tak harmonijnie i naturalnie, że można było przypuszczać że losy tych dwojga ludzi dawno już były zapisane w nieznanych ludzkości księgach.

Osman spędził całą noc na swoim posłaniu nie rozebrany. Sen jego był niespokojny i często przerywany różnymi majakami. Śniły mu się sceny wczorajszych wydarzeń, oraz jakieś inne, bliżej nieokreślone. Wreszcie gdy niespokojny usnął nad ranem zjawiła się we śnie postać jego drogiej matki. Przyglądała mu się z uśmiechem na ustach nic nie mówiąc. Zdawała się być zadowolona ze swego syna i pozdrawiała go gestem ręki, jakby była zadowolona że tak się właśnie rzeczy mają. Budząc się Osman zrozumiał, że właśnie w ten sposób spełnia się wola jego matki.

Wstał szybko, przebrał się wytwornie i przeglądając zawartość przekazanej mu przez ojca sakwy wybrał kilka drobiazgów biżuterii i włożył je do trzosa przypiętego u pasa. Polecił też Batmanowi ażeby również ubrał się wytwornie, oznajmiając że bierze go za świadka i zamierza prosić starostwo o rękę ich córki. Batman, uśmiechając się pod nosem, zastosował się natychmiast do polecenia swego pana. Widać było że jest rad tej decyzji, gdyż obserwując rozwijający się afekt w pełni go aprobował. Na przygotowaniach upłynęło mężczyznom kilka godzin, po czym udali się na zamek starosty gdzie niezwłocznie wprowadzono ich do salonu.

Pan Starosta zjawił się natychmiast, przepraszając Osmana za swój niespodziewany wyjazd, po chwili weszła również jejmość starościna witając gości uprzejmym uśmiechem. Panienka starościanka nie towarzyszyła matce tym razem, co Osman uznał za okoliczność sprzyjającą i pozwalającą mu na śmielsze wypowiedzenie prośby. Podano herbatę. Gdy wszyscy zasiedli już przy stoliku i po wymianie kilku grzecznościowych zdań, Osman odezwał się solennie:

-        Mości Pani Starościno i Mości Panie Starosto zbliża się właśnie koniec mojego urlopu udzielonego mi przez pana Wojewodę, stąd też jestem zmuszony wyjechać do Kijowa i stanąć na czele mojej chorągwi. Przed wyjazdem chcę prosić wielmożnych Państwa o przyjęcie upominków jako dowód mojej wdzięczności za ich gościnę.

To mówiąc sięgnął do trzosa i wyciągając z niego precjoza podał storościnie misterną szpilę do włosów, a staroście wręczył zapinkę do szuby, złotą, wysadzaną bursztynem. Wręczane prezenty zostały przyjęte z uznaniem i wdzięcznością, Osman zaś wstając powiedział:

-        Jeszcze też Mości Państwo, chciałem przed wyjazdem, w obecności tego tu mojego przyjaciela a teraz mojego świadka, Batmana, uniżenie prosić waszmościów o rękę ich córki.

Nastało uroczyste milczenie. Starostwo nie wydawali się być zaskoczeni rozwojem wydarzeń, można było nawet mniemać że oczekiwali takiej prośby. Po chwili starosta rzekł:

-        Ja, cóż mości Hetmanie, nie widziałbym w tym przeszkód. Mniemam też iż jejmość moja małżonka także nie będzie temu przeciwna, ale cóż, należałoby zapytać samą pannę Klarę co w tej kwestii miałaby do powiedzenia. Zatem idź moja jejmość przyprowadzić tu córkę – jeżeli będzie mogła przyjść – gdyż rano słabowała nieco i nie chciała opuszczać swojej komnaty.

Słowa te zostały wypowiedziane raczej dla zachowania form grzecznościowych niż dla rzeczywistego uzyskania zgody jejmościanki. Z twarzy starostwa bystry obserwator mógłby wyczytać, że wybór został już w pełni dokonany i zaakceptowany. Starościna wyszła bez słowa natomiast mężczyźni, stosownie do powagi chwili, siedzieli przy stoliku w milczeniu. Pani starościna nie powracała dosyć długo, zapewne musiała przygotować córkę do oznajmienia jej tak ważnej wieści. W komnacie nadal panowała uroczysta cisza. Mężczyźni przeżywali w duchu powagę chwili, każdy na swój sposób.

Wreszcie otwarły się drzwi od bocznej komnaty i weszła najpierw starościna z uśmiechem na twarzy, co już wiele mówiło oczekującym mężczyznom, a za nią pojawiła się jejmościanka, nieco blada ale powabna jak zawsze. Oczy miała spuszczone i tylko krótki ich błysk, skierowany w stronę Osmana, utwierdził go że wszystko jest na dobrej ścieżce. Starosta podniósł się ze swojego miejsca i podchodząc do niewiast rzekł z powagą na twarzy:

-        Jejmościanko, chcemy tu zapytać o twoją wolę w pewnej kwestii. Otóż obecny tu nasz szanowny gość jegomość Hetman polny Księcia Wojewody zwrócił się do nas z prośbą o twoją rękę. Cóż ty na to, moje dziecko?

-        Jak wola waści rodziców, odpowiedziała Klara.

-        No, my tak, zgodzilibyśmy się, ale cóż ty, czy się zgadzasz? zapytał starosta z powagą, patrząc na żonę i córkę.

-        Tak, odpowiedziała cichutko opuszczając oczy, a jej twarz okrył purpurowy rumieniec. Starosta uśmiechnął się i powiedział:

-        No skoro tak, to masz waszmość Hetmanie nasze błogosławieństwo, pozostaje już tylko omówić związane z tą decyzją sprawy.

Wówczas podniósł się Osman i wyjmując z trzosa mały, misterny pierścioneczek, podszedł do starościanki, ujął jej dłoń i z wielkim namaszczeniem włożył pierścionek na jej paluszek jednocześnie przyciskając delikatną rączkę do swoich ust. Jejmościanka cały czas miała opuszczone oczy i tylko  drżenie jej ręki oznajmiało o burzach jakie rozgrywały się w jej sercu i wielkim uczuciu które tam gościło. Osman opuścił rękę starościanki i nic więcej nie powiedział.

Służba oznajmiła podanie obiadu. Wszyscy przeszli więc do jadalni i ochoczo zasiedli do posiłku. Po zaspokojeniu pierwszego głodu potoczyły się wartkie rozmowy, w trakcie których ułożono że ślubowanie młodych nastąpi w miejscowym kościele w końcu miesiąca augusta – to jest sierpnia, hetman zaś wyjedzie teraz do Kijowa i zajmie się tam przygotowaniami oraz układaniem listy gości ze swojej strony. Na tych rozmowach upłynął obecnym czas prawie do wieczora i wszystkie istotne szczegóły zostały drobiazgowo ustalone. O zmierzchu Osman z Batmanem pożegnali gospodarzy i udali się do zajmowanych przez siebie kwater. Osman zapowiedział wyjazd do Kijowa na dzień następny, na co jego drużyna ożywiła się ochoczo. Wojakom już się nudziło żyć w bezczynności i spędzać całe dnie na popijaniu miodku. To też szybko i sprawnie przygotowano się do drogi i następnego dnia o świcie poczet wyruszył w drogę.

W Kijowie Wojewoda ucieszył się z powrotu hetmana, czemu dał wyraz wizytując jego chorągiew. Po zakończeniu przeglądu Osman oznajmił Księciu Wojewodzie o swoim planowanym małżeństwie z córką zieleńskiego starosty. Wojewoda pochwalił wybór i obiecał być na ślubowaniu młodych. Dla młodego hetmana dni zaczęły płynąć w szybkim tempie. Zajął się intensywnie przygotowaniami. Wysłał również umyślnego posłańca do ojca, zapraszając go na ślub. Posłaniec wrócił po kilkunastu dniach przywożąc podarunki w postaci perskich szub dla syna i jego przyszłej małżonki oraz dużą ilość kobiecej biżuterii. Do syna napisał że z powodu niedomogi, choć z wielkim żalem, ale nie może przybyć osobiście.

Czas upływał szybko, aż zbliżył się termin ślubowania młodych. Przez cały czas przygotowań Osman komunikował się ze starostą i narzeczoną za pośrednictwem wysyłanego co drugi dzień umyślnego posłańca przewożącego listy i ustne wiadomości. Na kilka dni przed terminem ślubowania młody hetman, na czele stosownego pocztu, i za pozwoleniem wojewody, wyruszył do Zieleniec, gdzie zatrzymał się już na zamku starosty.

Nadszedł wreszcie dzień uroczystego ślubu, 25-ty sierpnia, w przeddzień którego do grodu zjechał sam Książe Wojewoda w towarzystwie Wielkiego Hetmana Koronnego, który akurat przybył z misją od Króla Jegomości do Wojewody kijowskiego. Gród, zawsze cichy i spokojny, prawie senny, teraz zaludnił się ogromnie. Wszystkie miejsce w zajazdach zostały zajęte, wszystkie kwatery wykupione, w grodzie panował gwar i ruch. Widać było iż szykuje się coś niecodziennego. Na dziedzińcu zamkowym kręcili się i rozprawiali wielmoże i służba a w salonie wszyscy czekali już w pogotowiu. Z sąsiedniej komnaty wszedł z podniesionym czołem młody hetman. Wszystkich zachwyciła jego piękna i wspaniała postawa, jego chód męski i pewny. W salonie grono było niewielkie, ale strojne. Twarz starościny była poważna ale łagodna i ufna. Panna starościanka, w białej jak śnieg sukni z zielonym wieńcem na głowie i bogatym welonem zwieszającym się z jej głowy i spadającym aż do ziemi, stała obok matki piękna jak posąg z marmuru. Obok niej stały dwie drużki i dwie poważne damy – matki tych panienek. Przy starościnie stał starosta, wystrojony i uśmiechnięty.

Młody hetman zbliżył się do starościny i skłonił uniżenie, uścisnął z uszanowaniem rękę starosty, skłonił się pannie starościance i stanął obok. Podano na tacy dwa pierścionki. Starościna włożyła na palec jeden młodemu hetmanowi, drugi córce, pocałowała jedno i drugie w czoło, co starosta powtórzył. Cała ta ceremonia odbyła się w milczeniu a gdy się skończyła, starościna przeżegnała córkę i rzekła:

-        Pójdźmyż w Imię Boże!

W pobliżu zamku znajdował się kościółek parafialny ocieniony kilku lipami i okolony drewnianymi sztachetami, przez które widać było jeszcze zielone bzy. Na placu stało dużo powozów a kościół był pełen wystrojonych dam, odświętnie ubranych mężczyzn różnego wieku i ciekawego ludu tłoczącego się wokół drzwi wejściowych. Świece były już zapalone przy wielkim ołtarzu, przed którym poczesne miejsca zajmowali Wojewoda Kijowski i Wielki Hetman Koronny. Zebrani niecierpliwie oczekiwali przybycia orszaku ślubnego i towarzyszących mu osób.

Wreszcie nadeszli. Drużki prowadziły starościankę, która przeszła przez kościół z podniesioną głową ale ze spuszczonymi oczami. Następnie szedł młody hetman, wyprostowany i poważny. Za nimi kroczyli wolno starosta ze starościną a towarzysząca im grupa miejscowych notabli zamykała orszak. Powszechny szmer podziwu prowadził młodą parę aż do wielkiego ołtarza. Przyszli państwo młodzi uklękli na stopniach ołtarza a za nimi stanęli: za starościanką obie jej druhny, a za młodym hetmanem jego chorąży i wierny sługa Batman. Rodzice panny młodej usiedli na pierwszej ławie za młodymi.

Wyszedł ksiądz z zakrystii, zaintonował uroczyste "Deus in auditorium" i przykląkł na najniższym stopniu ołtarza. Organy podchwyciwszy tę piękną melodię rozwijały ją z wielką powagą. Starościna modliła się gorąco, starosta również. Usta starościanki poruszały się także w gorącej prośbie zanoszonej do Boga Najwyższego o ich szczęśliwą małżeńską przyszłość. Młody hetman klęczał w milczeniu z pochyloną nisko głową. Kiedy nabożeństwo się skończyło, ksiądz wstąpił na najwyższy stopień ołtarza, obrócił się do ludu i dał znak młodej parze aby się przybliżyła. Powstali oboje, podeszli i stanęli obok siebie. Powstała też i starościna, przybliżyła się i stanęła obok ołtarza. Po wstępnych modlitwach, ksiądz zwrócił się do pana młodego i rzekł:

-        Bolesławie! Czy masz dobrą i nieprzymuszoną wolę tę oto Klarę, którą widzisz przed sobą, pojąć za małżonkę?

-        Mam, odpowiedział młody hetman głośno i stanowczo.

-        A ty, Klaro, rzekł znowu ksiądz, czy masz dobrą i nieprzymuszoną wolę tego Bolesława, którego tu widzisz, pojąć za małżonka?

-        Mam, powiedziała dźwięcznie panna starościanka.

Ksiądz polecił aby podali sobie ręce i związawszy je stułą pobłogosławił. Kiedy młodzi małżonkowie odwrócili się od ołtarza zagrzmiały organy i wśród ogólnego aplauzu piękna para skierowała się ku drzwiom wyjściowym. Około godziny jedenastej ślubni goście rozjechali się: jedni do swych domów, a inni do naznaczonych im na zamku pokojów. Tylko najznamienitszych – w tym królewskiego Hetmana Koronnego i pana Wojewodę kijowskiego – rodzice panny młodej zaprosili do zamkowego refektarza na weselną ucztę, gdzie wszystko już było przygotowane. Zaproszeni z ochotą na to przystali. Weselisko było huczne i trwało do białego rana. Goście jedli, pili i balowali do upadłego. W zajazdach i szynkach grodzkich również było wesoło i hucznie, gdyż starosta i młody hetman opłacili gościny dla wielmożów i rajców. Wszyscy oni także bawili się wesoło i długo.

Okazało się że Wielki Hetman Koronny nie przyjechał przypadkowo w tym czasie do Zieleniec. Przywiózł on od Króla Jegomości prezent ślubny dla młodego hetmana Osmana Stępowskiego w postaci aktu nadającego mu tytuł książęcy i prawo pieczętowania się własnym herbem z półksiężycem na tarczy. Było to wielkim zaskoczeniem i niespodzianką dla starosty i samego Osmana, który – jako człowiek stepowy – nie przywiązywał większej wagi do tak zaszczytnych tytułów. Jak się później okazało prośbę o nadanie tytułu i herbu młodemu hetmanowi skierował do Króla sam Wojewoda kijowski, który był przekonany o arystokratycznym pochodzeniu Osmana.

horizontal rule

Rozdział VII

Słowo wstępne    Rozdział I    Rozdział II    Rozdział III    Rozdział IV    Rozdział V    Rozdział VI    Rozdział VIII    Rozdział IX    Od tłumacza    Uwagi Część I    Uwagi Część II    Początek strony

Zadośćuczynienie

Tak więc w ostatnim czasie wiele zmieniło się w życiu Osmana, człowieka z dalekiego stepu, ale więzami krwi związanego z ziemią, na której obecnie się znajdował i której służył. Młody hetman dzielił czas między służbą w chorągwi wojewody, w oddalonym Kijowie, a zamkiem starosty w Zieleńcach. Właściwie to zamieszkał na stałe w zamku, w którym było dość komnat na urządzenie wygodnego gniazdka dla nowo poślubionych. Wiele też czasu tu właśnie przebywał. W Królestwie panował teraz względny spokój i chorągwie, oprócz musztry, nie miały nic poważniejszego do roboty, a obrotny hetmański chorąży świetnie sobie radził z dyscypliną wśród wojskowych wiarusów.

Wierny Batman jako sługa i przyjaciel towarzyszył zawsze młodemu panu. Pomny polecenia Chana Baszy niepostrzeżenie czuwał u boku jego syna. Często też, nawet bez wiedzy Osmana, wysyłał umyślnych posłańców na daleki step, ażeby powiadomić starego już ojca o życiu i sukcesach młodego pana. Powiadomił też baszę o uzyskaniu przez Osmana tytułu książęcego, czym się zresztą ojciec nie bardzo ucieszył, bowiem ważniejszym dla starego był fakt, że Osman został przyjęty w tym dalekim kraju jako jeden ze swoich. Pamiętając swoją ukochaną żonę widział w sukcesach syna spełnienie jej marzenia i ostatniej woli. Serce tego twardego niegdyś wojownika tatarskiego miękło jak wosk gdy mu o tym donoszono. Odczuwał zadośćuczynienie dla tego dalekiego kraju za krzywdy wyrządzone mu ongiś przez tatarskie ordy.

Osman przystosował się znakomicie do nowych warunków życia. Dużo czasu spędzał ze swoją młodą, piękną małżonką a ich szczęście było absolutne i bez granic. Często przedsiębrali podróże do Żytomierza a nawet do Kijowa. Były jednak również okresy kiedy młody hetman musiał stawać osobiście na czele swojej chorągwi oraz być obecnym na rozkazy wojewody. Wtedy na zamku starosty bywało cicho i spokojnie. Starosta zajmował się sprawami grodzkimi, pani starościna domem i służbą, a pani Klara chodziła tęsknie po komnatach lub po zamkowym ogrodzie i tęskniła. Ani książka ani fortepian, ani ołówek, nic nie mogło ją rozerwać. Gdzie rzuciła okiem, wszędzie był ślad obecności jej małżonka, jego rozumu, jego gustu, jego starań dla niej, jego nieocenionej miłości; łzy napływały jej do oczu i tuląc do ust wszystko co niedawno otrzymała od niego, wołała sama do siebie: "Mój drogi gdzieś ty?". Te rozłąki przekonały ją jeszcze bardziej, że go kocha, że kocha coraz mocniej i goręcej.

Osman zaś, gdy po znojnym dniu zajęć w chorągwi wracał do swojej kwatery, myślami biegł do Zieleniec, zastanawiając się co w tej chwili robi jego ukochana małżonka; w takich chwilach rozłąka wydawała mu się bardzo ciężka. Sen jego był często niespokojny i przerywany. Bez przerwy wracały we śnie obrazy minionych wydarzeń. Jednej nocy ujrzał świetlaną postać matki, wyraźnie zadowolonej. Patrzyła na niego jak żywa i wypowiedziała tylko dwa słowa: "Dziękuję synku!". Po przebudzeniu się Osman rozglądał się po kwaterze, czy przypadkiem nie dostrzeże gdzież postaci matki, a po chwili, przymykając oczy, powiedział jakby do niej:

˛Tak mamo, dotrzymałem przysięgi. Znajduję się tu, na ziemi po której Ty chodziłaś. Kocham tych ludzi i oni mnie kochają. Stało się tak jak sobie życzyłaś, powróciłem tu zamiast Ciebie, dokonałem zadośćuczynienia!˛

Mimo tęsknoty i czasowej rozłąki młodzi małżonkowie często kontaktowali się ze sobą pismami wysyłanymi poprzez umyślnych posłańców czy regularnych kurierów. Zbliżał się okres zimy i korzystając ze względnego spokoju politycznego, wojewoda pozostawił w pogotowiu tylko oddziały zaciężne, natomiast jeździe szlacheckiej pozwolił na tymczasowy powrót do domów. Osman również otrzymał czasowe zwolnienie od służby w Kijowie i pozostawiając swoją zaciężną chorągiew pod rozkazami chorążego odjechał z wiernym Batmanem do Zieleniec, do swojej ukochanej małżonki. Przez umyślnego posłańca wysłał zawiadomienie, że następnego dnia pod wieczór zjadą do zamku.

Starościanka, którą obecnie będziemy nazywać panią Klarą, otrzymując wiadomość ucieszyła się niezmiernie i z rozjaśnioną twarzą wykrzyknęła:

-        Więc nazajutrz ma wrócić. O! Jakże długo czekałam na ten dzień, ale nareszcie nadszedł!

Po obiedzie, wystroiła się pani Klara z wyszukaną kokieterią: włożyła leciutki szlafroczek, najpowabniejszy czepeczek, przemywała co chwila zimną wodą oczy aby nie było widać płaczu. A gdy się zaczęło ściemniać a młody hetman się nie zjawiał, posłała konno dwóch stajennych z pochodniami, aby jechali póty, póki go nie spotkają. Kamerdyner otrzymał rozkaz czekania na ganku. Wszyscy byli w ruchu i coraz to nowe otrzymywali polecenia. W salonie nakryto mały stolik i wytworna kolacja była już gotowa.

Ukończywszy przygotowania pani Klara z niepokojem spoglądała w okno. Aż wreszcie, około godziny dziewiątej, zobaczyła dwa ognie w alejce dębowej. Posuwały się one szybko naprzód i wkrótce zatętnił galop koni. Serce pani Klary zabiło gwałtownie i wyrywało się z piersi, ale przezwyciężyła się, usiadła na małej sofce i tak go czekała ... Gdy kamerdyner powiedział młodemu hetmanowi że pani czeka go z wielką niecierpliwością, wbiegł szczęśliwy z błyszczącymi oczyma i uściskał rączki nie mogąc słowa wymówić.

-        Musiałeś tak długo tam przebywać a mnie biedną pustelnicę zostawiać tutaj samą?

-        Więc aż tak bardzo na mnie czekałaś?

-        Widzisz mój drogi żem czekała! I tak mi było tęskno, że kazałam tu przygotować dla nas kolację, żebyśmy już byli razem.

 Sielanka małżeńskiego pożycia kontynuowała w najdoskonalszej harmonii. Osman nie wyjawił dotąd swojej prawdziwej historii życia nikomu. Poznano jedynie jego chrześcijańskie imię: Bolesław, które nadała mu jego matka chrzcząc chłopca nad rzeką w dalekim kraju. Dla innych pozostał on nadal kupcem polskiego pochodzenia urodzonym w Persji. Z racji uposażenia go przez ojca uchodził za człowieka bardzo zamożnego. Znano go powszechnie i miał duże wpływy w Kijowie i całym województwie. Wielce do tego przyczynił się również jego ojciec, który, w czasie swoich podróży kupieckich, nawiązał liczne i bliskie kontakty z polskimi wielmożami. Wielmoże ci poparli jego syna na zamku Wojewody kijowskiego i stąd jego natychmiastowe przyjęcie i uznanie, oraz stanowisko Hetmana polowego w kijowskiej armii polskiej. Zaiste była to całkowita realizacja życzenia byłej kozackiej branki, z wyboru żony tatarskiego baszy, a polskiej księżniczki: Laury Zieleńskiej.

Nadeszła zima, aczkolwiek tego roku nie była ona zbyt sroga. Nie było zbyt wielkich mrozów ani też uciążliwych śnieżyc, więc młody hetman z małżonką mogli prowadzić ożywione życie towarzyskie. Przyjmowali na zamku wielu wielmożów jak i też udawali się na urządzane w sąsiedztwie na ich cześć przyjęcia i bale. Starostwo byli bardzo zadowoleni z takiego rozwoju  wypadków. Bardzo im zależało na szczęściu ich córki. Osiągnęli wszystko co zamierzali; przyjęli na zięcia człowieka który im odpowiadał i z którym ich jedynaczka była szczęśliwa. Czegóż lepszego mogli oczekiwać kochający swoje dziecko rodzice? Starosta chodził po grodzie dumny jak paw, zaś pani starościna szczyciła się dobrym i kochającym zięciem.

Upłynęła zima i nastała wiosna. Wojewoda nie wzywał na razie młodego hetmana do służby a wręcz przeciwnie, przedłużył mu jeszcze czas wolny. Onego roku święta Zmartwychwstania Pańskiego przypadały na początek miesiąca kwietnia. Było już ciepło, ale musiano znacznie ograniczyć życie towarzyskie i wszelkie podróże, gdyż pani Klara znajdowała się już w dość zaawansowanym stanie odmiennym. Młody hetman towarzyszył żonie na każdym kroku i zabiegał o każdy drobiazg zaspakajając osobiście prawie każdą jej potrzebę. Tak więc Święta upłynęły małżonkom spokojnie, w zaciszu domowym. Zaproszono tylko najbliższych przyjaciół i bardzo wąskie grono znajomych. Starosta i starościna również ograniczyli kontakty towarzyskie i nie przyjmowali zaproszeń. Troszczyli się o zdrowie córki i cierpliwie czekali na wnuka lub wnuczkę. Skończył się kwiecień, minął maj i wreszcie nadszedł czas rozwiązania. Sprowadzono z Kijowa wybitnego medyka i najlepszą akuszerkę. Wszystko odbyło się szczęśliwie i Klara urodziła syna.

Młody hetman nie posiadał się ze szczęścia. Spełniły się jego najśmielsze i najskrytsze marzenia. Cieszył się też bardzo, że ziściło się również marzenie jego najdroższej małżonki, wypowiedziane cichutko jeszcze w lipcu roku ubiegłego. Pamiętał te wydarzenia jakby to było wczoraj. Słyszał jeszcze ten jej przejmujący i chwytający za serce szept. I rzeczywiście jest wymarzony syn, najdroższy syn, którego w skrytości ducha oczekiwał. Starosta i starościna byli również wniebowzięci i cieszyli się szczęściem młodych.

W dwa tygodnie po szczęśliwym rozwiązaniu odbył się w tym samym kościele parafialnym uroczysty chrzest hetmańskiego syna. Ceremonia była wzniosła i wspaniała, celebrowana wspólnie przez miejscowego proboszcza oraz kapelana Księcia Wojewody kijowskiego. Uroczystość zaszczycił również swoją obecnością sam Książe, w otoczeniu wielmożów z jego świty oraz znaczniejszej szlachty. Kościół był wypełniony całkowicie zaproszonymi gośćmi i miejscową ludnością, gdyż takie wydarzenie jak chrzciny hetmańskiego potomka przyciągnęły wielu ciekawych. Po południu wydano na zamku huczne przyjęcie dla Księcia Wojewody, szlachty i wielmożów i refektarz zamkowy zapełniony był ludźmi. Pito szlachetne miody i piwa i rozprawiano o młodej parze, dziecku i innych bieżących sprawach. Panował gwar, zamęt i rozbrzmiewały radosne piosenki. Gośćmi zajmował się starosta, natomiast Osman nie odstępował żony i dziecka, co było bardzo mile widziane przez wszystkich obecnych. Pani starościna też często zaglądała do komnaty młodych ciesząc się ich szczęściem. Nawet w miejscowej gospodzie pito za zdrowie młodej rodziny, gdyż gościnny starosta zamówił dla wszystkich obecnych kwartę piwa i kubek miodu.

 Płynęły dni i tygodnie. Młody hetman wrócił do Kijowa i swojej chorągwi, ale cały wolny od służby czas spędzał ze swoją rodziną. Nastało i zbliżało się już ku końcowi lato tego roku, tak obfitego w wielkie wydarzenia osobiste w życiu młodego hetmana i nadal trwała rodzinna sielanka, ale jak to szczęście bywa czasami kruche i nietrwałe, tak też stało się i w tym przypadku. Nad horyzontem politycznym Polski pojawiły się ciemne chmury; nastały czasy niespokojne; nadeszły burze dziejowe; rozgorzały płomieniami wojny. Nie będziemy tu opisywać tych dziejowych wydarzeń, bo nie to jest przedmiotem tej księgi. Zainteresowanego czytelnika odsyłamy do kronik historycznych a my pozostaniemy przy dalszych losach Osmana i jego rodziny.

W obliczu śmiertelnego zagrożenia Korony Polskiej, młody Hetman został wezwany do Kijowa i stanął na czele swojej chorągwi, zaś starosta, pozostając w swoim grodzie, stanął na czele pospolitego ruszenia zmobilizowanego do jego obrony. Starościnę z córką i wnukiem wyprawiono na Podole i ukryto w wioseczce zagubionej w leśnej głuszy, aby spokojnie przetrwali nadciągającą zawieruchę.

Hetman Osman, wraz z całym wojskiem wojewody, wyruszył w pole biorąc udział w wielu potyczkach i bitwach, mniejszych i większych. Jak to bywa na wojnie, młody hetman przechodził różne koleje. W jednej z ważnych bitew wsławił się wielkim męstwem i bohaterstwem. Przykładem dowodzonej przez siebie chorągwi pociągnął do boju pozostałe chorągwie – zagrożone rozgromieniem – i ratując życie samemu panu wojewodzie odniósł pełne zwycięstwo. Wsławił się tym ogromnie i zyskał uznanie całego wojska. Niestety, w następnej bitwie został ciężko ranny i prawie bez ducha wywieziony z pola walki przez wiernie mu towarzyszącego Batmana i jeszcze kilku tatarskich janczarów należących do jego osobistej ochrony. Wierny Batman własną koszulą zatamował upływ krwi ratując swemu panu życie.

Kamraci zawieźli rannego wodza w głąb niedostępnej puszczy i umieścili w chatce bartnika, na którą natrafili przypadkowo w leśnych ostępach; nieopodal płynęła dość spora rzeka. Tam bardzo troskliwie zajęli się kurowaniem swojego Baszy, jak go między sobą nazywali. Stary bartnik, znający tajniki przyrządzania leków z suszonych ziół, leczył młodego hetmana nimi jak i miodem oraz pszczelim woskiem.

Osman przeleżał w gorączce i majakach prawie cztery tygodnie, ale stopniowo zaczął wracać do zdrowia. Mimo to wierni kamraci zwlekali z powrotem nie chcąc narażać słabego jeszcze wodza, tym bardziej że nadchodziła zima. Postanowiono ją spędzić w chacie bartnika, który zresztą nie miał nic przeciwko temu. Tym bardziej, że wojacy hetmana sowicie odpłacali bartnikowi za jego gościnę. Zaopatrywali jego chatę w potrzebny opał, ogacili ją suchymi trawami chroniąc przed chłodem, a i żywności w puszczy nie brakowało. Wytrawni janczarzy celnie strzelali z łuków, sprawnie ubijając upatrzone sztuki leśnej zwierzyny. Śniegu nie spadło zbyt dużo, więc konie także miały czym się żywić.

Powoli zbliżał się koniec zimy. Młody hetman wracał do zdrowia i choć jeszcze blady i mizerny, ale już zaczął się bardzo niepokoić o żonę i syna. Chciałby natychmiast jechać do nich. Ale nie można było opuścić tej kryjówki bez uzyskania wiadomości co się dzieje poza puszczą. Ponieważ przybyli tu w pośpiechu, nie wiedzieli nawet gdzie się dokładnie znajdują się w tej chwili. Wioząc ciężko rannego wodza nie zwracali uwagi na okolice; chodziło o znalezienie bezpiecznej kryjówki dla rannego. Teraz Batman postanowił wysłać na zwiady dwóch bystrych janczarów dla zasięgnięcia języka odnośnie ich miejsca pobytu i sytuacji politycznej w kraju. Wybrani przez niego kamraci niezwłocznie wyruszyli w drogę. Pozostało jedynie czekać na ich powrót. Osman coraz szybciej powracał do zdrowia. Po chorobie pozostały jedynie rozległe blizny, jeszcze dość widoczne: jedna od szabli na twarzy a druga od kolczastej maczugi na lewym barku. Na jego twarz zaczęły powracać rumieńce, ale jej wyraz był zatroskany i smutny.

Minęły dwa tygodnie od wyjazdu janczarów wysłanych na zwiady. Coraz większy niepokój ogarniał starego Batmana, udzielając się zresztą wszystkim. Osman zaczął już przemyśliwać co też będzie należało uczynić jeśli posłańcy nie wrócą. Aż u schyłku wczesnowiosennego dnia zjawili się w końcu zmęczeni wysłańcy. Radość była powszechna, zwłaszcza że zwiadowcy wrócili zadowoleni.

Okazało się że znajdują się w głębi puszczy poleskiej, nad rzeką Horyń. Dowiedzieli się też, że wojna skończyła się zwycięsko i w kraju zapanował spokój. Korzystając z pokoju dokonali więcej niż mieli zlecone i stąd tak długa ich nieobecność. Dotarli na Wołyń, do grodu Zieleńce, gdzie się dowiedzieli że wojewoda poszukiwał młodego hetmana chcąc go wynagrodzić za uratowanie mu życia. Jednakże wobec braku jakiejkolwiek wieści uznano Osmana za zaginionego. Przywieźli też wieści o wielkiej dzielności i wsławieniu się w bojach ich chorągwi. Najważniejszą zaś dla młodego hetmana była wiadomość, że gród Zieleńce ominęły burze wojenne a starosta i starościna, jak również hetmanowa z synkiem, są zdrowi i mają się dobrze; bardzo opłakują stratę młodego hetmana i są niepocieszeni. Wysłani janczarzy, zatrzymawszy się w zielenieckim szynku, rozpuścili wieść że słyszeli, że młody hetman został ciężko ranny ale uszedł z życiem i zapewne kuruje gdzieś swoje rany. Po czym niepostrzeżenie znikli z gospody. Mniemają jednak, że wieści te z pewnością dotarły na zamek i ożywiły nadzieję w serca bliskich mu osób. Po wysłuchaniu raportu wysłańców, Osman pochwalił ich za nadzwyczajne wykonanie poleceń i zaczął naglić do powrotu. Batman jednak radził żeby nie spieszyć się za bardzo i stopniowo zaprawiać się do konnej jazdy.

Wreszcie nadszedł dzień, w którym wspólnie podjęto decyzję powrotu na Wołyń. Osman gorąco dziękując staremu bartnikowi przyrzekł że nigdy nie zapomni mu jego oddania. Bartnik zaś pożegnał go jak syna, ponieważ wielce go polubił przez ten czas. Po wylewnych pożegnaniach poczet wyruszył w drogę, kierując się na południe. Po wielu dniach i popasach ujrzeli przed sobą gród a potem zamek starosty. Wielu mieszkańców grodu ciekawie przyglądało się dostojnie wyglądającemu pocztowi konnych jeźdźców. Wjechali na dziedziniec zamkowy gdzie jakby się domyślając powrotu młodego hetmana wyległa cała służba ze starostą na czele. Osman zeskoczył z konia i podbiegł w kierunku starosty. Jedno spojrzenie i … mężczyźni rzucili się sobie w objęcia. Powstał wielki gwar i zamieszanie co niezwłocznie wywołało na dziedziniec pozostałych mieszkańców zamku. Wyległa cała zamkowa służba, manifestując wielką radość, aż w końcu ukazała się starościna i Klara z jasnowłosym chłopczykiem na ręku. Osman rzucił się w kierunku swojej żony i schylając się nisko objął w uścisku jej kolana.

Nie jestem w stanie opisać co się w potem działo. Pozostawiam to wyobraźni szanownego czytelnika. Dodam tylko, że na zamku oraz w grodzie zapanowała powszechna radość, gdyż wieść o powrocie młodego hetmana rozniosła się lotem błyskawicy. Jeszcze Osman nie nacieszył się żoną i synem – których nie odstępował ani na chwilę – a już wieść o jego powrocie dotarła na zamek kijowskiego Wojewody, który niebawem przybył do zamku w Zieleńcach w otoczeniu swojej świty. Przyjęto go godnie i uroczyście. Na wstępie wyraził swoją radość ze szczęśliwego powrotu młodego hetmana a gdy zasiedli do stolika przy herbacie zwrócił się uroczyście do obecnych z następującymi słowami:

-        Mości panowie, gdy tylko doniesiono mi o powrocie pana Hetmana, natychmiast się tutaj zjawiłem. Chcę wszystkim oznajmić, ciągnął dalej Wojewoda, iż zawdzięczam życie właśnie jemu. Swoim poświęceniem i zagrzewającym do boju przykładem, wraz ze swoją chorągwią, wyrwał mnie z wrogiego pierścienia ratując przed niechybną zagładą. Jego bojowy duch zagrzewał wszystkich i doprowadził do walnego zwycięstwa. To zaważyło na naszych sukcesach. Swoim zapałem zyskał powszechny szacunek i uznanie. Niestety, oddaliwszy się później z niewielkim oddziałem jazdy na rekonesans, został napadnięty przez wrogów i jego poczet został rozbity. Na pobojowisku znaleźliśmy później wielu zabitych wrogów oraz kilkunastu hetmańskich janczarów. Sądziliśmy, iż Hetman został złapany, uprowadzony i gdzieś zdradziecko ubity ...

Wojewoda zamilkł ale za chwilę kontynuował dalej, zwracając się tym razem bezpośrednio do młodego hetmana:

-        Mości Hetmanie, okazało się że żyjesz szczęśliwie i jedynie przelałeś swoją krew dla Korony. W Jej imieniu mogę ci Hetmanie przyrzec, że Ona ci tego nie zapomni i sowicie nagrodzi. Ale tymczasem ja chciałbym cię nagrodzić za uratowanie mi życia. Otóż ofiarowuje ci Mości Hetmanie stanowisko mojego zastępcy i pałac dla Ciebie i Twojej rodziny w moim grodzie Kijowie.

Po słowach tych nastało dość długotrwałe milczenie, po którym odezwał się młody hetman, z bladym jeszcze obliczem. Był wymizerowany po ciężkiej chorobie a powaga chwili jeszcze bardziej wzmogła bladość jego twarzy. Zwracając się do wojewody z ukłonem, powiedział:

-        Wielmożny panie Wojewodo, składam serdeczne dzięki za waszą troskę o moje zdrowie i za łaskawe uznanie moich czynów. Jeżeli zaś chodzi o zaszczyt nominacji na zastępcę pana Wojewody to chcę uniżenie powiedzieć, że nie mogę tego przyjąć. Proszę mi wybaczyć moją śmiałość, nie czynię tego bynajmniej z niechęci czy ze złej woli, ale jestem człowiekiem pochodzącym z dalekiego stepu i życie w tak wielkim grodzie mnie nie pociąga. Wolałbym prosić o zwolnienie mnie ze służby i chciałbym osiąść gdzieś na włościach ażeby w pokoju wychowywać ich dziedzica. To zaś co zrobiłem, to uczyniłem z mojej żołnierskiej powinności a za Koronę – z wiadomych mi powodów – oddałbym wszystką krew!

Młodzieniec umilkł a bladość jego twarzy jeszcze się wzmogła. Wojewoda wzruszył się tą wypowiedzią i można było dostrzec jak łza zabłysła w jego oku. Widać było że coś kalkuluje i nad czymś się zastanawia. Po chwili powiedział:

-        No cóż mości Hetmanie, nie gniewam się na Ciebie za twoją odmowę, rozumiem Cię doskonale. Przemyślę tą sprawę i zadecyduję niebawem o twoim zwolnieniu ze służby i sam dalej podejmiesz troskę o byt Twój i Twojej rodziny, a na razie udzielam ci zwolnienia ażebyś mógł się wykurować i nacieszyć rodziną. Zapewniam cię jeszcze raz, że Korona Polska nie zapomni twoich zasług i właściwie cię nagrodzi.

To powiedziawszy wojewoda podniósł się z miejsca, pożegnał się z obecnymi i odprowadzony do karety przez starostę i młodego hetmana odjechał do Kijowa. Upłynęło kilkanaście sielankowych dni i miesiąc kwiecień zbliżał się już ku końcowi; radość na zamku starosty była pełna. Osman radował się synem stawiającym już pierwsze kroki; spędzał z nim prawie całe dnie i wieczory.

Na początku maja przybył od wojewody posłaniec, przywożąc młodemu hetmanowi wezwanie do Kijowa w sprawie zwolnienia go ze służby. Nie zwlekając, następnego dnia, Osman wyjechał do Kijowa i po przybyciu niezwłocznie zgłosił się w kancelarii wojewody, gdzie dowiedział się że zostanie przyjęty następnego dnia na naradzie. Dziś Książe Wojewoda wizytuje chorągwie w towarzystwie Hetmana Koronnego, który właśnie zjechał do Kijowa. Osman spędził noc w zajeździe i rano udał się na zamek. Tu wprowadzono go do wypełnionej przez wielmożów sali, gdzie powitano go owacyjnie. Niebawem weszli Wojewoda i Hetman Koronny i nastała cisza. Pan Wojewoda rozejrzał się po sali i zagaił w te słowa:

-        Mości panowie, poprosiłem o przybycie was wszystkich waszmościów tu obecnych, ażeby podsumować nasze czyny wojenne. Wszyscy waszmoście wiecie, że nasz Hetman polny zaciężnej chorągwi, tu dziś obecny, zasłużył się niemało na polu walki i ciężko ranny kurował się w puszczy pińskiej. Teraz, w związku ze znacznym uszczerbkiem na zdrowiu, prosi mnie o zwolnienie go ze służby w chorągwi ...

Chwilę przerwał, rozejrzał się i ciągnął dalej:

-        W tym stanie rzeczy oświadczam, iż przychylam się do prośby i daję Hetmanowi zwolnienie ze służby zawodowej. Jednakże pozostawiam mu godność hetmańską i prawo służby w pospolitym ruszeniu. Teraz zaś przemówi Wielki Hetman Koronny i odczyta akt królewski.

Wojewoda zamilkł i ogarniając wzrokiem obecnych przeniósł go na podnoszącego się z krzesła Hetmana Koronnego, siadając po chwili na swoim miejscu. Hetman Koronny wziął leżący na stole zwój pergaminu, rozwinął go i uroczystym głosem przystąpił do odczytywania. Czytał co następuje:

-        My z łaski Bożej Król Polski, składamy dzięki Hetmanowi Polnemu za jego męstwo i poświęcenie dla Korony. Ponadto, w uznaniu jego zasług a także za uszczerbek na zdrowiu, nadajemy mu posiadłość ziemską o wielkości trzech tysięcy włók gruntów, wraz z folwarkiem położoną na północnych rubieżach Rusi Białej, niziny niemeńskiej. Skończył czytanie wypowiadając słowo: Amen.

Osman słuchał tych słów wielce zdziwiony i zaskoczony. Jak w transie przyjmował od obecnych na sali gratulacje i wyrazy uznania. Wojewoda wręczył mu zgodę na zwolnienie ze służby oraz ten królewski pergamin nadający mu ową posiadłość. Uroczystość dobiegła końca; mógł nareszcie ochłonąć z wrażeń i wracać do rodziny i nie zwlekając wyruszył w powrotną drogę do Zieleniec. Zabrał ze sobą wszystkich żyjących jeszcze stepowych kamratów, których wojewoda także zwolnił ze służby, aby nadal pomagali swojemu baszy, teraz już jako dziedzicowi ziemskiemu.

Dotarli do grodu dobrze po północy i wnet cały zamek starosty stanął na nogi. Dowiedziawszy się przywiezionych nowin nikt już nie usnął do rana, wszyscy się cieszyli. Najbardziej cieszył się sam Osman. Stał się właścicielem ziemi która była częścią ziemi jego matki. Wypełnił jej ostatnią wolę. Postanowił najpierw udać się na swoją  posiadłość tylko ze swoimi wiernymi kamratami i objąć ją w posiadanie, a następnie zabrać tam swoją rodzinę. Po kilku dniach wyruszyli w drogę na północ i w ciągu tygodnia dojechali do miejsca przeznaczenia. Zgłaszając się w kancelarii w mieście tamtejszego okręgu, otrzymał przydział dóbr i plany ich położenia. Tam też urzędnik ziemski, pytając Osmana jak ma nazwać to Siedlisko, otrzymał od niego taką oto odpowiedź:

-        Jestem człowiekiem stepu niech więc to będzie "Stepowe Siedlisko".

Urzędnik, który był nieco głuchy, zrozumiał imię Osman jako Stefan i zapisał w dokumentach "Stefankowe Siedlisko". Po otrzymaniu dokumentów, nowy dziedzic udał się z wierną drużyną na świeżo otrzymane dobra, a stanąwszy na wzgórzu ogarnął wzrokiem ziemię i folwark i wyszeptał cichutko wznosząc oczy ku niebu: "Droga mamo, zadośćuczynienie jest pełne. Jestem oto właścicielem cząstki Twojej ziemi! "

 Koniec

horizontal rule

Epilog - Saga Oszmiany

 (Część druga)

Słowo wstępne    Rozdział I    Rozdział II    Rozdział III    Rozdział IV    Rozdział V    Rozdział VI    Rozdział VII    Rozdział IX    Od tłumacza    Uwagi Część I    Uwagi Część II    Początek strony

Rozdział VIII

 Było słoneczne i piękne popołudnie letniego dnia, podobnie jak niegdyś w dalekim Tatarstanie. Na wyżynie od strony wschodniej ukazało się dwóch konnych jeźdźców, którzy zatrzymali się na chwilę ogarniając wzrokiem szeroko rozciągające się pola uprawne, wyzłocone dojrzewającym już zbożem. Dalej widać było okazały dwór szlachecki otoczony licznymi zabudowaniami gospodarczymi a nieco z boku, w pewnej odległości od dworu, leżała rozciągnięta osada. Zarówno dwór szlachecki jak i domy we wsi były schludne i estetyczne. Wszystko wskazywało, że panuje tu dostatek i porządek. Jeden z obserwujących jeźdźców ubrany był w szlachecki strój do konnej jazdy, a drugi miał na sobie mundur rosyjskiej gwardii carskiej. Obaj wyglądali na zdrożonych i zadowolonych że dotarli nareszcie do celu podróży. Po kilku chwilach milczenia jeden z podróżnych, ten w stroju szlacheckim, odezwał się po polsku:

-    Tak, mamy przed sobą Stefankowe Siedlisko i cel naszej podróży.

Zapadła chwila ciszy, po której odezwał się drugi jeździec, ten w mundurze oficerskim i łamaną polszczyzną potwierdził:

-        Nu da, tak, Sieło Stiepanczykowo i dwór Oszmana.

Znowu zapadło milczenie, jakby obaj podróżni ulecieli gdzieś myślami w odległe strony. Po dłuższej chwili, przerywanej tylko parskaniem zdrożonych i czujących stajnię koni, pierwszy z podróżnych mruknął do siebie: "Tak, tak, Stefankowe Siedlisko to dobra nazwa, ale Oszmiana też mi się podoba." Po czym zadumał się głęboko.

Wrócił myślami do wydarzeń z czasów dziecięcych, kiedy to jeszcze w odległym Tatarstanie prowadził z matką długie rozmowy i otrzymywał od niej cenne wskazówki i rady. Jak przez mgłę pamiętał, kiedy mając niespełna sześć lat, matka prowadząc go nad rzekę powiedziała: "Chodź mój syneczku, muszę cię ochrzcić!", a na brzegu, nabierając w dłoń odrobinę wody polała mu nią główkę mówiąc: "Bolesławie ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego", czyniąc jednocześnie nad nim tajemniczy mu wówczas znak Krzyża. Następnie przytuliła go mocno, szepcąc mu nad uchem: "Jesteś moim ukochanym syneczkiem, moim Bolusiem i Polakiem, mimo że urodziłeś daleko od Polski i w niewoli". Znaczenie tych słów pojmował dopiero teraz, po upływie wielu lat, bo wówczas, jako małe jeszcze dziecko, nie rozumiał w pełni ich treści.

Przebiegały mu przez głowę, jak wzburzone stepowe wichry, odmienne imiona jakimi nazywali go rodzice, matka Bolusiem a ojciec Osmanem. W darze od natury otrzymał urodę i cechy ludzi pochodzenia lechickiego, prawie nie zachowując tatarskich cech ojca.

Przypominał sobie jak jego ojciec szanował i uwielbiał jego matkę, mimo że była branką wziętą w jasyr. Jak bardzo kochał jego, swego syna. Pamiętał też jak wielki wpływ miała matka na ojca i jak bardzo się zmienił się na lepsze obcując z nią. Z surowego niegdyś tatarskiego wojownika stał się człowiekiem wrażliwym na ludzkie krzywdy, niedole i cierpienia. Otaczał ich oboje stałą opieką i starał się im zapewnić spokój i dobrobyt.

Wspomnienia napływały i napływały, jakby przynoszone stepowym wiatrem z dalekiego Tatarstanu. Przypomniał sobie jak ojciec, nazywając matkę swoją Sułtanką, powtarzał często, że gdyby mógł dosięgnąć gwiazd na niebieskim firmamencie to by je pozdejmował wszystkie i rzucił jej do stóp. On sam został troskliwie wychowywany przez ojca i wykształcony przez matkę. Starała się przekazać synowi wszystko co sama wiedziała i umiała: staranną słowiańską ogładę, światowe obycie oraz formalne wykształcenie.

Przypomniał sobie jak otrzymał od matki, przed jej śmiercią, medalion Zieleńskich i przysiągł że wróci do jej rodzinnego kraju i będzie pracował dla jego dobra, ażeby chociaż w części wynagrodzić krzywdy wyrządzone Lechistanowi przez tatarskie ordy.

Przypomniał sobie jak przybył na Wołyń z liczną drużyną oddanych mu janczarów i oddał się na służbę wojewodzie kijowskiemu. Potem, jak się wsławił w walkach w czasie szwedzkiego potopu, a w nagrodę za męstwo i odniesione rany otrzymał od polskiego monarchy rozległą posiadłość na wschodnich kresach Polski, gdzie pracował uczciwie i rzetelnie będąc dobrym i sprawiedliwym panem dla swoich poddanych. Na otrzymanych gruntach wybudował wspaniały dwór za bogactwa otrzymane od ojca i przywiezione z Tatarstanu, a które prawdopodobnie zdobyte zostały w rozbojach dokonanych na ziemiach … Lechistanu. Kiedy będąc już dojrzałym mężczyzną, po śmierci matki, oświadczył ojcu że wyrusza na ziemie Korony Polskiej i tam zamierza się osiedlić. Ojciec nie tylko się nie sprzeciwił jego woli, ale jeszcze go hojnie zaopatrzył i oddał mu swego najlepszego przyjaciela Batmana i drużynę wiernych janczarów.

Wreszcie napłynęło wspomnienie, tak zdawałoby się jeszcze niedawne, kiedy to już będąc na służbie u wojewody kijowskiego poznał piękną i jasnowłosą wołyńską szlachciankę – tak podobną do jego matki – i doznał takiego samego olśnienia jak jego ojciec gdy zobaczył odbitą kozakom lechicką brankę. Rozrzewnił się na wspomnienie tej wspaniałej, młodzieńczej miłości, uwieńczonej przepięknym ślubem zaszczyconym obecnością Wojewody kijowskiego i Wielkiego Hetmana Koronnego. Dziś ta jego wybranka z Wołynia jest panią na dworze Stefankowego Siedliska, zwanego teraz Oszmiana.

Zaduma jeźdźca w szlacheckim stroju przeciągała się w nieskończoność. Konie zaczęły się już coraz bardziej niecierpliwić, parskając i szarpiąc uzdami, co w końcu wyrwało podróżnych z zadumy i zmusiło do ruchu. W milczeniu skierowali się stronę widocznego dworu. Konie ruszyły dziarsko i raźnie, czując odpoczynek w dobrej stajni i smaczny obrok w żłobie.

Dumny że dotrzymał przysięgi złożonej matce przed jej śmiercią i z widocznych pozytywnych rezultatów swojej pracy na ziemi matczynej Ojczyzny – a teraz już i jego –, wjeżdżał na swoją ziemie: założyciel Stefankowego Siedliska, człowiek przybyły z dalekiego stepu, zwany przez ojca Osmanem, przekształconym później na szlacheckie nazwisko Osmański a w końcu poprawionym przez jakiegoś pisarza na Oszmiański – właściciel tych dóbr, dworu i miejscowości Oszmiana.

horizontal rule

Wygnanie

(Część trzecia)

Słowo wstępne    Rozdział I    Rozdział II    Rozdział III    Rozdział IV    Rozdział V    Rozdział VI    Rozdział VII    Rozdział VIII    Od tłumacza    Uwagi Część I    Uwagi Część II    Początek strony

Rozdział IX

Lato roku 1866-tego rozpoczęło się bardzo wcześnie, już w maju. Nastały ciepłe, upalne dni na pięknej ziemi litewskiej w przepięknych okolicach miasta Nowe Troki. Na ziemi tej zamieszkiwał Michał gospodarując na swoim rozległym gospodarstwie położonym nad uroczą rzeką Brożołką w miejscowości Brożoła Stara. Po opuszczeniu ziemi rodzinnej ślepy los skierował go właśnie tutaj. Nabyte z majątku Zatrocze grunty zostały przez Michała dobrze zagospodarowane. Zamiłowanie do ziemi, wyniesione z domu rodzinnego, widoczne było dookoła; obsiane złocistym zbożem pola cieszyły oko stojącego wśród nich właściciela.

Był czerwiec wspomnianego już na wstępie roku. Na błękitnym niebie nie było ani jednej chmurki i słońce przygrzewało mocno, tak jak by to była już pełnia lata, tuż przed nadchodzącymi żniwami. Myśli, stojącego wśród pól gospodarza, pomknęły hen ku dawnym dziejom i dawno przebrzmiałym wydarzeniom. Przypomniał sobie okres świetności rodzinnego dworu w dalekiej Oszmianie a zaraz też nadleciały wspomnienia związane z ojcem, bratem bliźniakiem i dziadkami, spoczywającymi na cichym cmentarzu położonym na wzgórzu za miastem. Przez chwilę zadumał się głęboko i łza zakręciła mu się w oku; pomyślał że nadszedł czas odwiedzenia rodzinnych grobów, zwłaszcza że od przymusowego opuszczenia ojcowizny minęło już trzy długie lata. Przez cały ten okres nie miał ani czasu, ani możliwości odwiedzenia miejsc rodzinnych, ani też utrzymania jakiegokolwiek kontaktu z pozostałymi członkami rodziny.

Ostatnie lata pochłonęła mu praca nad zagospodarowaniem się na nowym miejscu oraz na układaniu swojego rodzinnego życia. Przez ten okres przybyło dóbr materialnych, przybyło doświadczenia życiowego oraz powiększyła się rodzina. Zdawałoby się że niczego mu nie brakuje do dalszego kontynuowania spokojnego życia. Michał był wzorowym gospodarzem, dobrym mężem, oraz dobrym i troskliwym ojcem rodziny. Lubiany był również przez miejscowych gospodarzy za swoją prostoduszność i gospodarność i szanowany jako prawy i uczciwy człowiek. Nawiązał szereg przyjacielskich kontaktów z zamieszkującą w sąsiednich  folwarkach i dworach szlachtą, zarówno litewską jak i białoruską.

Nagle przyszła nieodparta chęć odwiedzenia rodzinnych stron i chwili zadumy się nad mogiłami ojca i przodków. Jak pomyślał tak i zrobił (w rosyjskim oryginale: "Kak padumał tak i zdiełał"). Wrócił z pola do domu, oznajmił swoją decyzję żonie i rozpoczął przygotowania do drogi. Następnego dnia zapakował w tłumoczek przygotowane przez żonę jadło na drogę i wyszedł w stronę Wilna, jako że Polacy w tych czasach podróżowali zazwyczaj pieszo. U schyłku dnia stanął na rogatkach miasteczka Wilejka przechodząc uprzednio przez całe Wilno. Zatrzymał się na nocleg w gospodzie znajdującej się przy rynku Wilejki, aby odpocząć przed dalszą podróżą, ponieważ następnego dnia miał jeszcze do pokonania drugie tyle drogi do swojej rodzinnej miejscowości Oszmiana. Po spożyciu posiłku udał się od razu na spoczynek.

Michał obudził się z brzaskiem nowego dnia. Był to 12-ty czerwiec 1866-go roku. Za oknem wstawał następny piękny letni dzień i słońce zaczęło się już wychylać zza widnokręgu. Otrząsając z powiek resztki snu zaczął się szybko sposobić do dalszej podróży. Nie zajęło mu to wiele czasu i po uregulowaniu kilkurublowej należności za nocleg wyruszył w dalszą drogę. Maszerował po różnych drogach i ścieżkach, stale zmierzając na wschód, ku miejscowości Oszmiana. Rozkoszował się świeżym czystym powietrzem i wspaniale grzejącym już od rana słońcem. Po drodze wiele myślał. Przypominały mu się lata dziecinne, potem chłopięce i wreszcie lata dorosłego już mężczyzny. Stawały mu przed oczyma postacie rodziców i rodzeństwa i wspomnienia wielu beztroskich lat życia, aż do powstań polskich i czasów, kiedy to okaleczona stratą ojca i brata rodzina zmuszona była opuścić rodzinne strony i nastąpił okres wygnania z ziemi ojców i dziadów. Im był bliżej tym szedł szybciej.

Wreszcie wszedł na ostatnie wzgórze i oczom jego ukazało się miasteczko. Okolica wydawała się inna niż ją pamiętał – jakby zmieniona przez te trzy lata. Rozglądając się ciekawie, przeszedł uliczkami Oszmiany i zbliżył się do miejscowego cmentarza. Jedynie tu wszystko pozostało bez zmian: ten sam kamienny mur okalający miejsce wiecznego spoczynku tych co już odeszli na zawsze i cicho szumiące nad mogiłami drzewa, niemi świadkowie dawnych wydarzeń. Zbliżył się do bramy cmentarnej, przekroczył ją i znów zauważył upływ czasu od swojej ostatniej wizyty. Niektóre pomniki pochyliły się i poczerniały, a inne zaczynały się rozsypywać, nadgryzione zębem nieubłaganie upływającego czasu. Znanymi sobie – jakby wczoraj nimi przechodził – ścieżkami i alejkami doszedł do kamiennego grobowca, pod którego płytą spoczywały szczątki jego pradziadków i dziadków Oszmiańskich, oraz jego ojca Edmunda i brata Zygmunta. Płyta nagrobna była już nieco nadgryziona zębem czasu i kamień zaczął się pokrywać mchem. Zbliżył się do grobu i dłonią starł naniesiony przez wiatry piasek i zeschłe liście. Odczytał półgłosem wykuty w kamieniu  napis:

"Tu na prochach swoich przodków spoczywa w Bogu snem wiecznym i zasłużonym świętej pamięci dziedzic tych ziem Stefan Oszmiański – Anno Domini 1830, 7 luty"

 I niżej  drugi napis:

"Pamięci Felicji Oszmiańskiej Hrabiny wołyńskiej - Anno Domini 1830, 5 august"

 Jeszcze niżej, inny napis brzmiał następująco:

 "Tu spoczywa w Bogu Markiz Edmund Edward de Serdain Serdakowski – Anno Domini 1786 – 1831, żył 45 lat, legł snem sprawiedliwego"

 A obok tych linii umieszczono tarczę herbową, na której, oprócz innych elementów, najważniejszym był rysunek księżyca w ostatniej kwadrze a w jego polu trzy gwiazdy.

Na samym dole widniał najświeższy napis o brzmieniu:

"Pamięci Zygmunta Zygmunta Serdakowskiego który spoczywa tu snem zasłużonego. Zginął tragicznie Roku Pańskiego 1863, Bóg wezwał was do szeregu"

 (Z nieznanych powodów, imię zmarłego wykuto dwukrotnie).

 Czytając te napisy Michał przywoływał z pamięci twarze spoczywających tu tak dobrze znanych i drogich mu osób. W zamyśleniu nie usłyszał nawet, że ktoś się do niego zbliża, zmierzając również do tego samego miejsca. Intuicyjnie poczuł że ten ktoś stojący w milczeniu tuż za nim, również ze wzruszeniem wpatruje się w dopiero co oczyszczone z piasku i liści napisy. Odwrócił się i … skamieniał. Przyjrzał się twarzy jeszcze raz i nagle wykrzyknął z niedowierzaniem:

-        Eustachy !?...

-        Michał !?...

 Pomrukując niezrozumiale bliźniacy padli sobie w objęcia. Długo się ściskali ze łzami w oczach. Wreszcie popatrzyli sobie jeszcze raz w oczy otarli łzy radości i ochłonąwszy nieco zaczęli składniejszą rozmowę. Po dokładnym obejrzeniu stanu grobowca doszli do wniosku, że skoro się tu już spotkali, to należałoby dołożyć starań i odnowić porządnie miejsce wiecznego spoczynku ich bliskich. Jeszcze raz odczytali w skupieniu wykute na płycie słowa, wymawiając wspólnie nazwiska i imiona osób spoczywających pod kamienną płytą.

-        Czy wiesz czemu to jest tak napisane? zapytał Eustachy wskazując dwa imiona Zygmunta wyryte na kamiennej płycie.

-        Wiem! odpowiedział Michał a z piersi wyrwało mu się ciężkie westchnienie, podobne do cichego jęku. Po chwili dodał: - Wiesz, mieli tylko po trzydzieści dziewięć lat. Byli bardzo młodzi. Obaj bracia otarli zwilgotniałe od łez oczy.

-        Patrz, Michałku, a my dopiero teraz mamy po trzydzieści dziewięć lat, odpowiedział po chwili Eustachy i westchnął także. Następnie ciągnął dalej: - A Fredzia miałaby teraz czterdzieści sześć; była od nas starsza o siedem lat.

Nastąpiło milczenie. Obaj bracia zamyślili się, a po chwili Michał dodał w zamyśleniu:

-        Tak, bo przecież jak mama wysyłała ją do Francji z dokumentami ojca to miała dwadzieścia pięć ..., tak, Stasio miałby teraz czterdzieści cztery lata, a Marian trzydzieści pięć ...

 Zapadła cisza. Bracia oddali się wspomnieniom. Teraz Eustachy nachylił się nad płytą grobowca i długo przecierając dłonią wykute litery: "Edmund Edward", jakby chciał przywołać jakieś wspomnienia, jakby chciał nawiązać kontakt ze spoczywającym tu ojcem, jakby chciał tym gestem go dotknąć. Potem nie podnosząc głowy z nad płyty powiedział do brata półgłosem:

-        Czy wiesz bracie, że już minęło pół wieku od kiedy ojciec nasz wracając Czarnym Traktem po klęsce nad Berezyną, mocno zmęczony i z krwawiącą raną, omdlewający, znalazł schronienie na oszmiańskim dworze?  

-        Pół wieku i trzy lata, uściślił Michał. Po chwili dodał: - Jak dziś pamiętam opowiadania naszej mamy; jak spostrzegła go na tarasie dworu i otwarła mu drzwi a on powiedział te trzy słowa: "Jestem markiz ... proszę ..." i padł prawie bez ducha. Opatrzono go, a jego mundur porucznika spalono w kominku. Te opowieści zostaną mi w pamięci do końca życia. Gdy zaś później ciekawscy sąsiedzi pytali: "Co zacz za jeden", dziadek mówił: "To jest krewny mojej żony z Wołynia, z Sierakowskich".

-        Tak, dziadek mi to też mówił gdy byłem mały, rzekł Michał i ciągnął dalej: - Mówił też jak nasz ojciec został zarządcą oszmiańskich dóbr a później zakochał się w naszej mamie. Mama też mi to opowiadała.

-        Pamiętam również te mamy opowieści, odezwał się Eustachy, - no cóż prawo życia i młodości, każdy przecież z nas to przeszedł ... Miło się spotkać po latach i wspominać stare czasy, teraz, kiedy każdy z nas żyje gdzie indziej.  

Tak wspominali sobie rodzinne dzieje bracia bliźniacy, dochodząc do wniosku że muszą pozostać razem przez pewien czas, przede wszystkim, aby sobie wzajemnie wszystko opowiedzieć, no i żeby mieć czas na doprowadzenie do porządku rodzinnego grobowca i jego otoczenia.

Jak postanowili tak też zrobili. Udali się najpierw do centrum miasteczka i w miejscowej traktierni zamówili sobie kwaterę na siedem dni. Później poszli do mistrza kamieniarskiego i zamówili jego usługi. Następnie wrócili do traktierni i zamknęli się w wynajętej izbie. Chcieli opowiedzieć sobie wszystko co się każdemu przydarzyło od rozstania się przed trzema laty. Zaczął mówić Michał:

-        Przeżyliśmy zaledwie po trzydzieści dziewięć lat a mamy już tyle wspomnień. Braciszku, ty jesteś tak podobny do naszego ojca, że można by było was pomylić! Mówiła to zawsze nasza droga mama a nasi poddani nazywali cię jego imieniem, panem Edmundem. Zresztą na chrzcie świętym dano ci jako drugie, imię naszego ojca; zapewne tak chciała nasza mama. Wiem drogi bracie jak starannie i z zapałem prowadziłeś nasze rodzinne interesy, kiedy się ożeniłeś i mama przekazała ci zarządzanie rodzinnymi dobrami. My zaś, aprobując w pełni jej decyzję, pomagaliśmy ci w pracy. W tym czasie wiodło się nam bardzo dobrze; mieliśmy wystarczające środki na dostatnie życie i stale  powiększaliśmy naszych włości.

Wspólnymi siłami wybudowaliśmy cztery folwarki, dwa młyny wodne i leśniczówkę, a nasze zboża były znane i kupowane w Niemczech, Austrii i innych krajach Europy. Przyjeżdżali po nie nawet kupcy z dalekiego Uralu. Pamiętam jak, przy okazji sprzedaży naszych płodów rolnych, zamawiałeś przywóz przez kupców niemieckich nowych mebli, porcelany czy też innych drobiazgów do dworu. Nierzadko sprowadzałeś biżuterię i bibeloty. Opowiedz mi teraz drogi Eustachy, gdzie się obecnie znajdujesz, co porabiasz i jak ci się wiedzie?  

Eustachy odetchnął głęboko i zaczął mówić:

-        Tak, tak mój braciszku, to były czasy wielkiej świetności naszej rodziny. Wiesz że zawsze miałem wielką ochotę na prowadzenia gospodarstwa. W armii carskiej nie służyłem, bo mama mnie wykupiła od branki. Po ukończeniu gimnazjum, za radą naszej drogiej mamy, ożeniłem się z córką dziedzica Oranowskiego, pana na rozległych włościach w Oranach i przejąłem ster naszej rodzinnej fortuny; wy zaś pomagaliście mi w tym dzielnie, tak jak wspomniałeś. Nasza droga mama cieszyła się bardzo z rodzinnej zgody i rozwoju naszego gospodarstwa. Dość już napracowała się zarządzając wszystkim, gdy została sama po śmierci ojca, kiedy to byliśmy jeszcze małymi dziećmi. Teraz radowała się naszą zgodą i korzystała z zasłużonego odpoczynku.

Wiodło nam się dobrze dopóki nie nadszedł czas wielkiego niepokoju, dla naszej rodziny i dla całego Kraju. Musieliśmy opuścić nasze dobra i udać się każdy w swoją stronę. Mama sprzedała co się dało i podzieliła między nas wszystkich uzyskane pieniądze. A było co sprzedawać: obrazy najlepszych malarzy, porcelana, meble, stołowe srebra, biżuteria mamy. No i nazbierało się rubelków. Wybierając się każdy w swoją stronę, nie wiedzieliśmy gdzie nas losy zaniosą, wyjeżdżaliśmy zupełnie w nieznane.

Moje losy zaniosły mnie z rodziną na dalekie Polesie gdzie mieszkał Waldemar Ziemiński, mój bliski druh jeszcze z czasów nauki w gimnazjum. Był on synem dziedzica z Polesia i już administratorem rodzinnych włości. Waldemar był jedynakiem i zaraz po ukończeniu gimnazjum przejął gospodarowanie na rodzinnej ziemi. O tym wszystkim opisywał mi w listach, bo jak wiesz, utrzymywaliśmy ze sobą przez cały czas przyjacielski kontakt. Kiedy zapadła decyzja opuszczenia ojcowizny, niezwłocznie skontaktowałem się z Waldemarem, który z otwartymi ramionami wyraził zgodę na przyjęcie mnie z rodziną na swoich dobrach, a nawet  przysyłał swoje powozy dla ułatwienia naszej podróży. Nie zawiodłem się na jego przyjaźni nigdy!

Jak wiesz drogi braciszku, wyjechałem z żoną i trójką dzieci, synami: dziewięcioletnim Adamem, sześcioletnim Jerzym, no i prawie już trzyletnim Wojciechem. Zatrzymałem się u tegoż druha w miejscowości Otołczyce niedaleko Pińska. Przy pomocy Waldemara, za otrzymane od matki środki, odkupiłem od spadkobiercy hrabiego Strawińskiego jego część majątku i rozpocząłem gospodarowanie na swoim. Poleski dziedzic Strawiński, umierając, podzielił swoje dobra na trzech swoich spadkobierców. Jeden z nich, nie mając predyspozycji do gospodarowania na ziemi, skorzystał z okazji i sprzedał mnie swoją część. Posiadane przeze mnie środki wystarczyły na zakup dóbr i wstępne zagospodarowanie się. W międzyczasie, w roku 1864-tym, urodził się nam jeszcze jeden syn. Daliśmy mu na imię Bohdan, gdyż Boh nam go dał na nowym gospodarstwie. Wiedzie mi się dobrze. Mam rozległą posiadłość ziemską, nawiązałem przyjacielskie stosunki z miejscową szlachtą i jesteśmy lubiani przez miejscowych chłopów.

Wracając do naszego spotkania. Od pewnego czasu czułem wzrastającą potrzebę wybrania się w podróż do miejsca wiecznego spoczynku naszego ojca, od śmierci którego minęło już przecież tyle czasu. Widocznie drogi braciszku było nam pisane tam gdzieś na górze, że nasze drogi mają się tu teraz zejść ze sobą a tylko Bóg jeden wie czy się jeszcze kiedykolwiek spotkamy. No ale opowiedz mi teraz, mój drogi Michale, jak się tobie wiedzie i w jakich żyjesz stronach?  

Tak płynęły długie, niekończące się opowieści braci, którzy z woli niezbadanego przeznaczenia przybyli do tego samego miejsca w tym samym czasie, po latach rozłąki. Większość czasu spędzali na rozmowach siedząc w traktierni, ale wychodzili też na długie spacery po ścieżkach ich dawnej posiadłości. Należące do ich rodziny grunty zostały rozparcelowane a dwór uległ zniszczeniu. Dawna świetność rodzinnych włości przeminęła bezpowrotnie. Codziennie odwiedzali miejscowy cmentarz nadzorując przebieg prac konserwatorskich przy rekonstrukcji rodzinnego grobowca. Po powrocie do traktierni zasiadali do dalszych zwierzeń. Któregoś dnia zaczął opowiadać swoje losy Michał:

-        Ja, mój drogi braciszku, po odbyciu niedługiej służby w armii carskiej, nie miałem ochoty do żeniaczki. Moim zamiłowaniem była, tak samo jak twoim, praca na naszej matce ziemi. Po opuszczeniu domu rodzinnego udałem się, w przeciwieństwie do ciebie, w całkiem nieznane strony. Wyruszyłem w kierunku granicy litewskiej i po przejściu pojezierza ziemi Trockiej zatrzymałem się we wsi o nazwie Brożoła. Zaszedłem do schludnie wyglądającej chaty i zapytałem o wskazanie mi możliwości noclegu w tej wsi.

Gospodarz okazał się człowiekiem gościnnym, nakarmił mnie i zaproponował nocleg w swoim domu, a że byłem już nieco zdrożony, chętnie z zaproszenia skorzystałem. W czasie wieczornej rozmowy gospodarz zwierzył mi się. że musi nazajutrz dokonać naprawy słomianej strzechy stanowiącej dach chaty i zapytał czy przypadkiem nie mógłbym mu w tym pomóc, jeżeli mi się nie spieszy w dalszą drogę. Ponieważ, mówiąc szczerze, nigdzie mi się nie spieszyło, chętnie się zgodziłem. W trakcie pracy przy naprawie dachu dowiedziałem się od gospodarza, że miejscowy hrabia z Zatrocza, pan Tyszkiewicz, pragnie sprzedać część swoich ziemskich posiadłości. Informacja ta zakiełkowała myślą że mógłbym się tu zatrzymać i zagospodarować.

Jak to się mówi, jak pomyślałem tak też zrobiłem! Udałem się do hrabiego Tyszkiewicza i po niedługich negocjacjach stałem się właścicielem posiadłości ziemskiej o obszarze trzydziestu włók i kilku niewielkich zabudowań gospodarczych. Pozostałe jeszcze rubelki pozwoliły mi na pewną modernizację tych zabudowań i wybudowanie nowego domu mieszkalnego. Wiele w moich pracach pomógł mi ów gospodarz, u którego zatrzymałem się po raz pierwszy i któremu pomogłem w naprawie strzechy na jego domu. Za jego też radą, po niedługim czasie, ożeniłem się z miejscową panienką, Agnieszką Łapińską. W roku 1865 urodził się nam syn, któremu żona dała na imię Michał. Tak też stopniowo zacząłem zapuszczać korzenie w miejscowości Brożoła, gdzie zostałem przyjęty przez okolicznych rolników jako jeden ze swojaków. Zakupione przeze mnie grunty były dobre, pola urodzajne i piękne trawiaste łąki. Gospodarka moja rozwijała się znakomicie. Obecnie moje pola obsiane są łanami złocistej pszenicy, żyta, jęczmienia i owsa. Ponadto też uprawiam grykę na kaszę oraz len na włókno i tkaniny dla własnych potrzeb, a zgodnie z modą litewską sadzi się tu również kartofle. Tak mój drogi braciszku potoczyły się moje losy.  

Nastała cisza. Bracia wpatrywali się w swoje twarze jakby chcieli utrwalić i zapamiętać na zawsze ich wizerunki. Po chwili znów wrócili do przerwanej rozmowy. Odezwał się znów Michał:

-        Nie wiemy gdzie jest nasza mama i co się z nią dzieje, od kiedy wyjechała z bratową Hanną i Marią, nie znamy ich miejsca pobytu i pewno nigdy się tego nie dowiemy, bardzo żal. Przed naszym rozstaniem się mama mówiła, że pojedzie ze stryjem do Galicji.

-        No tak, to jest bardzo smutne, powiedział Eustachy i dodał: - Nie wiemy też co się dzieje z siostrą Fredą, czy żyje i gdzie teraz się podziewa? Przykro tak nie wiedzieć co się z nią stało. Ona nawet nie będzie mogła nas znaleźć, bo przecież nas tu niema, a nie będzie wiedziała gdzie szukać.

-        Jeśli jeszcze gdzieś żyje, dodał Michał.  

Wspominali o wszystkim i wszystkich z rodziny. O losach brata Edwarda Stanisława, dziedzica spod Wołkowyska, opowiedział Eustachy Michałowi co następuje:

-        Michale zapewne pamiętasz dobrze, że brat Stanisław, gdy skończył pobierać nauki prawnicze w Warszawie i został prawnikiem, otrzymał posadę urzędnika carskiego w Grodnie, tam zamieszkał na stancji, a że był urzędnikiem więc został zwolniony od branki i nie służył w carskiej armii. Potem ożenił się z ziemianką spod Grodna i chciał gospodarować na swoim. Mama pomogła mu kupić majątek ziemski w Subotnikach, który upatrzył sobie kiedy jeździł pod Wołkowysk w sprawach urzędowych, jeszcze jako urzędnik carski.  

Po chwili milczenia, w której Eustachy jakby zbierał jakieś myśli, dodał:

-        Tak, Stanisław tam się osiedlił i gospodarował a w niedługim czasie znacznie dobra rozwinął i dwór rozbudował.  

Znów zamilkł i zamyślił się, a Michał czekał zasłuchany na ciąg dalszy. Po chwili Eustachy kontynuował wolno, ze spuszczoną głową:

-        Będąc w roku poprzedzającym nasze spotkanie na targu w Wołkowysku postanowiłem odwiedzić brata. W drodze powrotnej zajechałem do miejscowości Subotniki gdzie od miejscowych chłopów dowiedziałem się strasznej prawdy. Otóż brat  Stanisław był w macierzy w roku 1863 i po kozackim zwycięstwie został złapany i osądzony jako zdrajca. Stracono go pokazowo we własnym dworze na oczach jego poddanych, żony i czternastoletniego syna Stanisława. Majątek jego zarekwirowano a dwór doszczętnie splądrowano i spalono. Bratowa ponoć nie przeżyła tej hańby i pękło jej serce, natomiast nieletniego syna zabrała do siebie rodzina z Grodna.  

Na takich opowieściach i wspomnieniach upłynęło braciom siedem dni pobytu w traktierni w Oszmianie, to jest od trzynastego aż do dziewiętnastego czerwca 1866-tego roku. W ostatnim dniu pobytu, odwiedzając cmentarz, bracia stwierdzili że prace remontowe rodzinnego grobowca zostały już całkowicie ukończone. Udali się więc do mistrza kamieniarskiego i wspólnie opłacili w złotych rublach należną kwotę. Pożegnaniom i uściskom braterskim nie było końca. W końcu rozstali się i każdy odszedł do swojej rodziny i swoich nowo zapuszczanych korzeni. Na pożegnanie Eustachy powiedział:

-        Braciszku wracamy z powrotem na nasze wygnanie! (W rosyjskim oryginale: "No Bratok pajdiom dalsze na naszije izgnanije").  

Nikt z nich nie spodziewał się że kiedykolwiek jeszcze się spotkają w ich doczesnym życiu. Ale, jak wiemy, niezbadane są przecież losy ludzkie. A może jeszcze się kiedyś spotkają w rodzinnym gronie i znów popłyną rodzinne wspomnienia w serdecznej atmosferze? Tylko Bóg w niebiosach może to wiedzieć. Jak wiadomo nie zbadane są losy ludzkie. (W rosyjskim oryginale: "Kak izwiestno nikagda nieizwiestnyj czełowieczij żywot ...")

Koniec 

horizontal rule

Od tłumacza

Słowo wstępne    Rozdział I    Rozdział II    Rozdział III    Rozdział IV    Rozdział V    Rozdział VI    Rozdział VII    Rozdział VIII    Rozdział IX    Uwagi Część I    Uwagi Część II    Początek strony

 Uwagi o rozdziałach książki

Autor omawianej powieści, jak należy domniemywać, miał na względzie opisania dziejów zaprzyjaźnionej sobie rodziny i opublikowania jej biografii poczynając od powstania rodów, a szczególnie uwypuklenia dziejów sobie współczesnych, to jest spotkania i wspomnień dwóch braci bliźniaków. Jednakże pisząc swoje dziełko był zmuszony do zbeletryzowania tej historii. Należy przypuszczać, że taka budowa powieści była konieczna z uwagi na obowiązek przedłożenia jej przed wydaniem rosyjskiej cenzurze.

Warunkiem wydania w tamtych czasach jakiejkolwiek książki było uzyskanie pozytywnej opinii panującego wówczas w Polsce rosyjskiego zaborcy i jego nieubłaganej cenzury. Z tego też powodu konieczne było napisanie gloryfikującej Polskę części historycznej w formie powieści romantycznej. Ta część powieści została wydzielona w rozdziałach od 1 do 7.

Tym niemniej swoista treść tej części nawiązuje do wspomnień braci opisanych w pozostałych dwóch rozdziałach. Te rozdziały książki autor poświęca wyłącznie wydarzeniom sobie współczesnym to jest dotyczącym spraw zaprzyjaźnionej rodziny. Rozdziały te stanowią jakby kanwę całej powieści i są niejako odrębnymi częściami tej książki stanowiącymi jej istotne motto. Świadczy o tym umieszczenie przez autora słowa "Koniec" na zakończenie każdego z nich. Dlatego też właśnie te dwa rozdziały są najbardziej cenne dla badacza genezy rodu ponieważ opisane tu są dość szczegółowo istotne wydarzenia związane z opisywanym rodem. 

Tłumaczyła z rosyjskiego: mgr historii Violetta Halina Jańczak

Zamieszkała w Kostrzyniu nad Odrą (66-470)

Na ulicy Orła Białego 19b/20

horizontal rule

 Dyplom nr 113/95 Wydziału Historii

Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu

Uprawnienia tłumacza nr 17/98 Związku Literatów Polskich

Oddział w Poznaniu

horizontal rule

Tłumacz przysięgły języka rosyjskiego

Sądu Wojewódzkiego w Poznaniu

Nr rejestracyjny: 118/99

Kostrzyń nad Odrą, dnia 13-go sierpnia 2002 roku

horizontal rule

Uwagi Bronisława Serdakowskiego, potomka Michała

Część I

Słowo wstępne    Rozdział I    Rozdział II    Rozdział III    Rozdział IV    Rozdział V    Rozdział VI    Rozdział VII    Rozdział VIII    Rozdział IX    Od tłumacza    Uwagi Część II    Początek strony

 O pochodzeniu książki 

Książka ta – jak sięgam pamięcią – znajdowała się w zbiorze książek rodzinnych w naszym domu w Brożole. Możliwe, że nabył ją lub też otrzymał od dziadka mój ojciec, a także zapewne czytał ją, gdyż świetnie znał język rosyjski. Dziadek mógł tę książkę otrzymać bezpośrednio od jej autora, z którym mógł się przyjaźnić. Można domniemywać, że w owych czasach nakład takich książek nie mógł być wielki.

Ja w dzieciństwie bardzo lubiłem czytać książki i wiele czytałem. Gromadziłem też książki które udało mi się zdobyć. Pamiętam, że takim dostawcą książek był chłopak z Brożoły, o nazwisku Sładkiewicz, sporo starszy ode mnie. Miał on wtedy około czternastu lub piętnastu lat i mieszkał ze swoimi rodzicami w tym samym budynku, w którym mieściła się szkoła podstawowa. On też, wiadomymi sobie sposobami, wykradał książki ze zbiorów szkolnej biblioteki i przynosił mojemu ojcu.

Mój ojciec, widząc moje zainteresowanie książkami i chcąc mi zapewnić możliwość ich czytania, kupował je od tego chłopaka za jakieś kwoty pieniężne. Stąd też wiele książek z naszej domowej biblioteczki książek posiada numer i jest ostemplowanych pieczątką szkoły podstawowej w Brożole. Należy tu nadmienić, że znajdujące się wówczas w szkolnej bibliotece polskie książki w tym wojennym czasie nie były nikomu wypożyczane i wykradzenie ich z biblioteki przez tego chłopca oraz zakupienie przez mojego ojca było sposobem ich ratowania. Pozostałe książki tej szkolnej biblioteki zostały później przez Litwinów spalone. Widział to mój ojciec i żałował, że nie namówił tego chłopca na przyniesienia większej ich ilości.

Wracając do napisanej po rosyjsku kroniki Dowgielskiego, wspomnianej na wstępie, nie potrafię powiedzieć skąd ta książka znalazła się w domowym zbiorze. Jak już nadmieniłem była w naszym domu od kiedy sięgam pamięcią. Wszystkie książki zostały w czasie repatriacji zabrane i przywiezione do Polski, na Ziemie Zachodnie, do pierwszego miejsca zamieszkania naszej rodziny, to jest do Młynisk. Później, przeprowadzając się do Dębna, zabrałem wszystkie książki ze sobą. Większość umieściłem w domowej biblioteczce, natomiast część z nich, z braku miejsca w szafce bibliotecznej, zapakowane zostały w paczki i umieszczone w piwnicy.

Omawianą książkę odnalazłem właśnie w piwnicy. Muszę dodać, że w tam przechowywane były książki o mniejszej – jak mi się wydawało – wartości i co do których nie przejawiałem większego zainteresowania. Ta książka z racji swojej obcojęzyczności nie wzbudzała przez długo mojej uwagi. Odnalazłem ją przez przypadek w marcu 2002-go roku, kiedy to szperając w piwnicy wśród książek, otworzyłem ją na chybił trafił i przeczytałem kilka zdań.

W trakcie czytania stwierdziłem zdumiony, że książka ta zawiera bardzo istotne wiadomości dotyczące naszego rodu. Zagłębiając się dalej, przekonałem się z całą pewnością, że jest to bardzo cenny materiał do opracowywanej przeze mnie biografii. Dopiero teraz zrozumiałem dlaczego mój ojciec przechowywał ją z pietyzmem i przywiązywał tak wielką wagę do zabrania jej ze sobą w czasie repatriacji do Polski.

Książka ta okazała się skarbnicą wiedzy na temat powstania rodu Serdakowskich i rozsypki jego członków po świecie na skutek dziejowych zawieruch. Zapisane są główne wydarzenia i daty i nawet legendarne dzieje praprzodka pochodzenia tatarskiego są szeroko opisane i skomentowane. Po przeczytaniu książki zrozumiałem wiele istotnych szczegółów usłyszanych w dzieciństwie w opowieściach ojca. Musiała ta książka mieć wielkie znaczenie dla niego, gdyż mimo niechęci do Rosjan, zabrał ją ze sobą do Polski.

Tylko część książki dotyczy rodu Serdakowskich. Dokonałem więc selekcji i zleciłem tłumaczenie istotnych dla mnie rozdziałów. Następnie wprowadziłem tłumaczenie do komputera, co znacznie ułatwiło szybkie korzystanie z tekstu.
 
Bronisław Serdakowski

Dębno, marzec 2002-go roku

horizontal rule

 Uwagi Bronisława Serdakowskiego, potomka Michała

Część II

Słowo wstępne    Rozdział I    Rozdział II    Rozdział III    Rozdział IV    Rozdział V    Rozdział VI    Rozdział VII    Rozdział VIII    Rozdział IX    Od tłumacza    Uwagi Część I    Początek strony

 O książce "Stefankowe Siedlisko", jako głównym źródle powstania

"Biografii Rodu Serdakowskich"

(napisanej i wydanej przez niego w roku 2002)

Czytając książkę Dowgielskiego można się zastanawiać dlaczego autor opisując wydarzenia historyczne nie opisuje bliżej wojen toczonych przez Polskę w tamtych czasach? Nie umiejscawia też dokładniej miejsc akcji, ani wydarzeń w konkretnych datach kalendarzowych, odsyłając czytelnika do wydawnictw historycznych? Analizując książkę można też stwierdzić, że autor omawia jedynie lokalne wydarzenia i umiejscawia w czasie jedynie wydarzenia rodowe.

Wyjaśnienie tego wydaje się być związane z sytuacją polityczną ówczesnych czasów. Otóż autor wydawał swoją książkę w czasach kiedy Polska znajdowała się pod zaborem rosyjskim i stąd jakiekolwiek bliższe opisanie wydarzeń historycznych, czy też dokładniejsze umiejscowienie w czasie lub miejscu, mogłoby spowodować negatywne opinie władz rosyjskich i w konsekwencji publikacja taka nie uzyskałaby zezwolenia rosyjskiej cenzury i nie mogłaby być wydana.

Zastanawiałem się też nad osobą autora książki, który tak wiernie opisuje dzieje naszego rodu. Po przeanalizowaniu wielu publikacji bibliograficznych i przestudiowaniu nazw miejscowości zamieszkiwanych przez litewską szlachtę, doszedłem do wniosku, że autor mógł być bliskim przyjacielem jakiegoś członka rodu Serdakowskich.

Zastanawiając się nad nazwiskiem autora książki: Dowgielskij, doszedłem do wniosku, że tym przyjacielem mógł być litewski szlachcic pochodzenia rosyjskiego o nazwisku Dowgiłło, mieszkający w majątku Dowgiły lub Dobiły. Analizując stare mapy majątków ziemskich na polskich kresach wschodnich, stwierdziłem rzeczywiste istnienie takiej miejscowości. Na jednej z tych map znajdowała się nazwa pierwsza, a na innej druga. Studiowane przeze mnie mapy zostały wydane przez Wojskowy Instytut Geograficzny w roku 1930-tym i wznowione w roku 1935-tym.

Analizując oryginalną nazwę miejscowości: "Sieło Stiepanczykowo", stwierdziłem, że na dawnych wschodnich terenach Królestwa Polskiego istniały ziemie nazywane Ruś Biała, gdzie mówiono i pisano regionalnym językiem białoruskim. Stąd też mógł zaistnieć fakt zapisania nazwy tej miejscowości – jak sugeruje autor – początkowo jako: "Stefankowe Siedlisko", po białorusku: "Stiepankowe Sieło", które później zmieniono na "Sieło Stiepanczykowo".

Jeżeli chodzi o legendę powstania nazwy Oszmiana, opisaną w rozdziale VIII, to protoplasta rodu był z całą pewnością przodkiem późniejszego dziedzica Oszmiańskiego, pojawiającego się jako jeden z korzeni rodu Serdakowskich. Do tego stwierdzenia skłania mnie treść napisu wykuta na płycie nagrobnej, który według autora książki brzmi: "Tu spoczywa na prochach swoich przodków ... dziedzic tych ziem ... Oszmiański", a także stwierdzenie Michała, że tu: "… leżą szczątki jego pradziadków i dziadków ...".

W rozdziale IX-tym autor omówił, wiernie i ze szczegółami, historię powstania rodu Serdakowskich. Z opisanych wspomnień braci wynika wyraźnie pojawienie się oficera francuskiego na oszmiańskim dworze. Pada słowo "markiz" i stwierdzenie że, "... mundur porucznika spalono …". Do wniosku, że był to oficer francuski, prowadzi wypowiedź jednego z braci: "... wracał Czarnym Traktem po klęsce nad Berezyną …". Jak wiadomo z historii, właśnie w trakcie odwrotu spod Moskwy, przeprawiając się przez rzekę Berezynę, armia francuska poniosła całkowitą klęskę. Tak zwany Czarny Trakt jest oznaczony na mapach Wojskowego Instytutu Geograficznego z lat 1930-35. Był to szlak odwrotu resztek francuskiej armii i przebiegał w odległości około piętnastu kilometrów od Oszmiany, zaś jego nazwa wynikała z tego, że była to żałobna droga resztek rozgromionej i wynędzniałej, tak niegdyś ogromnej i niezwyciężonej napoleońskiej armii.

Chciałbym również nadmienić, że pisząc "Biografię Rodu Serdakowskich", zasugerowałem, że istnieje przypuszczenie o pochowaniu w grobowcu rodzinnym Oszmiańskich prawdziwego Zygmunta Sierakowskiego, przyjaciela Zygmunta Serdakowskiego. Do takiego przypuszczenia skłaniają mnie następujące fakty: Autor omawianej książki w nawiasie stwierdza: "(Z nieznanych powodów wykuto na tablicy nagrobnej imię Zygmunta dwukrotnie)". Wiele mówiący jest też napis wykuty w liczbie mnogiej: "Bóg wezwał was do szeregu". Dalej autor mówi słowami Eustachego, pytającego Michała: "Czy wiesz czemu to jest tak napisane? " i słowami Michała stwierdza: "Byli bardzo młodzi".

Stąd też moje domysły i przypuszczenia, że po egzekucji w Wilnie, Zygmunta Sierakowskiego też tu pochowano. Ze zrozumiałych względów autor nie mógł pisać o tym bezpośrednio, ale coś sugeruje i resztą pozostawia domyślności czytelnika.

Konstrukcję drzewa genealogicznego rodu Serdakowskich (zamieszczoną w napisanej przeze mnie "Biografii …" ) zbudowałem w oparciu o omawianą książkę. Posługując się wypowiedziami braci i na podstawie wyliczeń, ustaliłem imiona dzieci Edmunda i Anny-Izabeli Serdakowskich oraz daty ich urodzin, poza jednym przypadkiem. Mianowicie nie jest dokładnie i jednoznacznie stwierdzone czy jedno z dzieci Edmunda i Anny-Izabeli było dziewczynką czy chłopcem. Chodzi o Marię urodzoną w 1831 roku. W jednym miejscu autor wymienia imię Marian a zaś w drugim Maria. Nie mogłem więc z całą pewnością ustalić, czy Anna-Izabela Serdakowska wyjechała do Galicji z żoną Zygmunta i córką Marią czy też z synem Marianem. Z uwagi na brak w tej chwili jakichkolwiek innych źródeł, ustalenie tej kwestii jest na razie niemożliwe. Być może sprawa ta zostanie kiedyś wyjaśniona po odszukaniu śladów pobytu w Galicji Anny-Izabeli Serdakowskiej, żony Edmunda de Serdain.

Wracając do rozdziału VIII-mego: "Epilog - Saga Oszmiany",  jest to chyba legenda, lecz jak twierdzi stara ludowa maksyma: "W każdej legendzie jest ziarnko prawdy". Zatem można przypuszczać że legenda ta rzeczywiście podaje genezę nazwy Oszmiana. Zwłaszcza, że ma to nawiązanie do faktów rzeczywistych, historycznych i geograficznych. W tym stanie rzeczy można przypuszczać, że jest to legenda powstała z ustnych przekazów członków rodu lub osób związanych w jakiś sposób z tymi wydarzeniami i z tą miejscowością, a zebranych i zapamiętanych przez autora omawianej publikacji i następnie w niej opisanych. W rozdziale tym dość plastycznie opisano legendę powstania nazwy szlacheckiego dworu na północno-wschodnich kresach Polski, wynikającej z imienia jej właściciela i z wyraźnym nawiązaniem do jego tatarskiego pochodzenia.

Taką wersję tej legendy słyszałem też w dzieciństwie od mojego ojca, zarówno jak i opowieść o dającym początek rodowi Serdakowskich przodkowi pochodzenia francuskiego, pozostałym w Polsce w czasie odwrotu wojsk napoleońskich spod Moskwy w pamiętnym roku 1813.

Bronisław Serdakowski

Dębno, w lipcu 2003-go roku

Słowo wstępne    Rozdział I    Rozdział II    Rozdział III    Rozdział IV    Rozdział V    Rozdział VI    Rozdział VII    Rozdział VIII    Rozdział IX    Od tłumacza    Uwagi Część I    Uwagi Część II    Początek strony    Ród Serdakowskich

horizontal rule

Tekst ©2004-2009 Krzysztof Serdakowski

W celu stałego ulepszania zarówno zawartości jak i szaty graficznej tych stron, serdecznie proszę Szanownych Gości o pozytywną krytykę mojej pracy, przez napisanie kilku słów opiniujących zarówno to co się Państwu na moich stronach podobało, jak i znalezione błędy czy braki. Obiecuję odpowiedzieć szybko na każdy list. Dziękuję z góry!

Początek strony    Ród Serdakowskich

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Instrukcja

Aby powiększyć jakąkolwiek fotografię czy rysunek, kliknij wewnątrz obrazu. Aby wrócić do tego samego miejsca na stronie, kliknij przycisk Wstecz lub Back znajdujący się w lewym górnym rogu ekranu (browsera).

Powrót